Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Himalaje

Z wizytą u króla

NPM 6/2014
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Katarzyna i Andrzej Mazurkiewiczowie
Widok z przełęczy Khardung La na dolinę Indusu i pasmo Zanskaru (fot. Katarzyna i Andrzej Mazurkiewiczowie)
Jeżeli marzycie o trekkingu w Himalajach i możecie się tam wybrać tylko latem, wcale nie musicie wędrować po górach w strugach ulewnego monsunowego deszczu, odrywając raz po raz kolejne przyssane do nóg pijawki i nie widząc wokół nic poza mgłą. Doskonałym miejscem na wakacyjny trekking są Ladakh i Zanskar – dawne buddyjskie królestwa leżące po północnej stronie indyjskich Himalajów.

Najwyższa część tego potężnego łańcucha górskiego jest naturalną barierą klimatyczną zatrzymującą monsunowe opady. Za nią rozciąga się już tylko górska pustynia. Z Tybetem łączą Ladakh i Zanskar silne więzy historyczne oraz podobieństwo krajobrazowe i kulturowe. Ladakh często zresztą nazywa się Małym Tybetem, chociaż jego nazwę tłumaczy się jako „Kraina Wielu Przełęczy” („la” oznacza przełęcz, a „dakh” wiele).
Aby dostać się z Ladakhu do Zanskaru – chociaż trudno określić, gdzie dokładnie znajduje się granica między tymi dwoma rejonami – trzeba pokonać liczne przełęcze. Najlepszy sezon na wędrówkę w tym obszarze to okres od początku czerwca do końca września. Prowadzące z południa do Ladakhu drogi jezdne biegną przez wysokie przełęcze głównej grani Himalajów i są nieprzejezdne od października do maja. Można tam wtedy dolecieć samolotem, a do Zanskaru przez kilka tygodni stycznia i lutego dostaniemy się jedynie od strony doliny Indusu po zamarzniętej rzece Zanskar. Latem do Padum (stolicy Zanskaru) możemy dojechać wybudowaną w 1978 roku drogą z szyickiego miasta Kargil, leżącego na trasie z Kaszmiru do Ladakhu. Od stuleci funkcjonują też szlaki karawanowe, które łączą Zanskar z sąsiednimi rejonami, a od 1974 roku (kiedy otwarto go dla turystów) szlakami tymi wędrują również trekkerzy.
Jedną z najpiękniejszych tras trekkingowych jest długi i bardzo malowniczy szlak przecinający w poprzek Himalaje, zwany Wielkim Trawersem Zanskaru. Rozpoczyna się on w klasztorze Lamayuru w Ladakhu, prowadzi przez góry Zanskaru i na koniec przechodzi przez przełęcz Shingo La w głównym paśmie Himalajów do osady Darcza w rejonie Lahaulu. Do niedawna przejście tej trasy zajmowało prawie trzy tygodnie. Pokonywało się wtedy dziewięć przełęczy, a trasa liczyła ponad 300 kilometrów. Od kilku lat – w związku z budową nowych dróg do Zanskaru – pieszą wędrówkę tym szlakiem można sobie skrócić, przejeżdżając część trasy wynajętym samochodem. Ale należy przy tym zachować rozwagę z uwagi na aklimatyzację niezbędną do nocowania na kolejnych wysoko położonych biwakach.
Do Zanskaru wracamy od ponad 25 lat i jeszcze nam się tam nie znudziło. Nie jest to z pewnością właściwy cel na krotki wypad w góry, bo potrzeba przynajmniej kilku dni, aby się tam dostać, bez względu na to, czy wybierzemy się tam drogą lądową (co zajmie blisko tydzień), czy też skrócimy sobie podróż, lecąc samolotem z Delhi do Leh – stolicy Ladakhu. Ale jako wakacyjny pomysł na pewno warto go rozważyć.

To normalne na tej wysokości
W lipcowy poranek z ulgą opuszczamy upalne i lepkie od monsunowej wilgoci Delhi. Wstaliśmy w środku nocy, gdyż samoloty do Leh startują rano, kiedy jest większe prawdopodobieństwo dobrej pogody nad Himalajami. Wszyscy pasażerowie są trochę senni, ale rozbudzają się, gdy za oknem samolotu w dole pojawiają się widoki pokrytych śniegiem niezliczonych górskich grzbietów. Śniegu na górach jest coraz mniej i stają się one coraz bardziej brązowe. Gdzieś w oddali widać podłużny kształt jeziora Pangong, którego część leży w Indiach, a część w Tybecie. W końcu samolot obniża lot, lecąc wzdłuż doliny Indusu, i ląduje na otoczonym górami lotnisku, tuż za położonym pośrodku doliny klasztorem Spituk.
Po wyjściu z samolotu zachwycamy się rześkim powietrzem oraz świetną widocznością. Odbieramy bagaże, wypełniamy kartę wjazdową do Ladakhu, dostając przy tym instrukcję, co robić, aby uniknąć problemów z aklimatyzacją. Chwilę później wpadamy w ramiona Namgyala (naszego znajomego z poprzednich wyjazdów do Ladakhu), który wita nas miejscowym powitaniem:
– Jullay! (wym. dźuleej)
To radośnie wymawiane pozdrowienie będziemy tu słyszeć na każdym kroku.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Indie

Zobacz też