Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Fogarasze

Z wizytą u Draculi

NPM 3/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Antonina Maowiecka
Fogaraskie jeziorka odbijają w sobie cały majestat poszarpanych szczytów (Fot. Marek Sosnowski)
Rumunia wciąż nie jest krajem chętnie odwiedzanym przez turystów. Fascynuje jej dzikość, puste góry i kultura. Tym razem nasz wybór padł na Muntii Făgăraşului, czyli swojsko brzmiące Fogarasze – najwyższe góry Rumunii.

Fogarasze przebiegają przez Siedmiogród, lepiej znany jako Transylwania. To kraina pełna miasteczek o krętych i ciemnych kamiennych uliczkach, jak Sibiu czy Shigishoara. Jednak jej znakiem rozpoznawczym jest blada twarz Vlada Palownika, swojskiego hrabiego Draculi. Krwiste legendy związane z jego osobą przeniknęły nawet do nazewnictwa górskiego. Ilekroć spotykamy Rumunów i mówimy, gdzie się udajemy, oni cmokają z udawanym niepokojem:
– Eh, Strunga Dracului. Trzy kroki od śmierci – ostrzegając nas tym samym przed diabelskim żlebem, najniebezpieczniejszym miejscem w rumuńskich górach.

Małe karpackie Hollywood
Jesteśmy w Brasov. Dwoje studentów chcących w fogaraskiej dziczy zapomnieć o uczelnianej traumie. Marek właśnie dostał się na elitarny Uniwersytet Jagielloński, ja odpoczywam po sesji na równie elitarnym poznańskim UAM. To niewielkie miasto, znad którego spogląda na nas góra… podpisana stojącymi jak byk literami Brasov.
– Takie małe karpackie Hollywood – śmiejemy się.
Stąd wyruszamy do położonej u samych stóp Fogaraszy wioski Dejani. Oprócz gór i położonego na uboczu monastyru jest tu niewiele. Dwie knajpki, a raczej budki z piwem, jeden sklep spożywczy, gdzie kupujemy chleb i parę worków kaszy, i ani śladu krupówkowego szału znanego z Polski. Dejani jest zatopione w czasie. Mimo sezonu turystycznego nie spotykamy tu nawet pół turysty. Być może wpływ na to ma deszczowa aura. Siedząc w małym namiocie, przez całą noc modlimy się, by wreszcie przestało padać. Chłodny poranek średnio bowiem sprzyja suszeniu śpiworów. Niestety, żaden miejscowy duch gór – może niezadowolony z braku wysokoprocentowej ofiary o śliwkowym aromacie – nie słucha naszych próśb i od rana wędzimy nasze śpiwory przy skleconym naprędce ognisku.
Na szlak wychodzimy dopiero około południa. Idziemy ciągle pod górę, prostą drogą w kierunku głównego grzbietu na przełęcz Curmătura Ludişor (2150 m n.p.m.). Szlak nie wydaje się szczególnie ciężki. Jesteśmy też mile zaskoczeni wyraźnym znakowaniem, a przecież według obiegowych opinii rumuńskie góry są idealne do błądzenia.
Droga wkracza w las. Nagle, zza naszych pleców słyszymy… klakson! Okazuje się, że zostaliśmy wypatrzeni przez grupę miejscowych, którzy spędzali czas w położonej w górach leśniczówce (cabanie).
– Nie ma sensu, żebyście całą drogę taszczyli ciężkie plecaki – zachęcają z klekoczącego, terenowego mercedesa.
Po kwadransie radosnej wariackiej jazdy docieramy pod samą cabanę, gdzie nad ogniem spływa tłuszczem coś, co kiedyś było baranem. Z butelek zachęcająco daje po nozdrzach rakija, czyli 80-procentowa wódka, szczególnie lubiana w Rumunii. Odmówić nie wypada. Po obiedzie ruszamy dalej.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też