Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Tatry Zachodnie

Z widokiem na wschód

NPM 3/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Grzegorz Stodolny
Ostatnie metry przed szczytem – podejście na Starorobociański Wierch (fot. Grzegorz Stodolny)
Starorobociański Wierch nie był moim wymarzonym szczytem. Szczerze powiedziawszy, dla osoby, która do tej pory po górach chodziła raczej rzadko, z początku była to nazwa całkiem obca. Jednak po bliższym poznaniu muszę przyznać, że dość się zaprzyjaźniliśmy i bardzo chętnie powrócę w jego skromne progi, bo widoki, którymi mnie ugościł, były jak najbardziej warte zachodu.

Za oknem zima. Święta, a wraz z nimi rodzinne posiedzenia przy stole i ogromne ilości jedzenia, które należy w siebie wchłonąć, dawno są już tylko wspomnieniem. Siedzę przed komputerem i rzucam po raz kolejny okiem na mapę Tatr. Chwytam telefon. Wykręcam numer, kilka piknięć i szybkie pytanie:
– Hej Alik, jedziemy gdzieś?
– Też właśnie miałem dzwonić. No pewnie, tylko gdzie? – kolega odpowiada pytaniem na pytanie.
Siadamy, każdy nad swoją mapą, i telefonicznie namierzamy cel naszej wyprawy. Strasznie kuszą Tatry Wysokie, Krzyżne, Wrota Chałubińskiego. Alik jednak szybko sprowadza mnie na ziemię. W górach lawinowa trójka, pogoda też nie do końca pewna, a doświadczenie zimowe mam niewielkie. Zresztą mają iść z nami jeszcze dwie dziewczyny, których zimowe potyczki z górami są jeszcze skromniejsze. W końcu pada propozycja Starorobociańskiego Wierchu. Na początku zachwycony nie jestem, bo to Tatry Zachodnie, a nie Wysokie, bo wydają się łatwe, bo trasa pewnie nudna... Ale ostatecznie daję się przekonać. W końcu to najwyższy szczyt polskiej części Tatr Zachodnich.

Kościeliska pełna gwiazd
Poniedziałek, środek nocy, godzina pierwsza. Zrywam się z łóżka. Ledwo widząc, szukam poszczególnych części ubrania i, wciskając je na siebie, szybko robię kanapki oraz herbatę do termosu. Cóż, każdemu zdarza się zaspać. W celu odrobienia strat wraz ze znajomymi robimy trasę z Bochni do Krakowa w 25 minut do samego centrum. Kiedy jesteśmy już w komplecie, gaz do dechy i kierunek Zakopane. Droga pusta, żadnych opadów, ale mimo wszystko trochę odpuszczam, bo łyżwiarstwo figurowe samochodem nigdy nie było moją ulubioną dyscypliną olimpijską. Około 4.30 w dwa samochody spotykamy się w Kirach. Ostatecznie uzbierała się nam dość pokaźna ekipa, bo z czterech początkowych osób jest nas dziewięcioro. W siedmiu chłopa wraz z dwoma towarzyszkami wyruszamy z parkingu przy minus dwudziestu pięciu stopniach. Jesteśmy ubrani we wszystkie posiadane przez nas ciuchy. „Upał” bardzo dobrze motywuje nas do szybkiego marszu wzdłuż Kościeliskiego Potoku. Droga jest na szczęście dość prosta i bez problemu można obserwować bezchmurne niebo, na którym na razie zamiast słońca goszczą tysiące gwiazd rozsianych niczym piasek na szkle, doskonale widocznych w tak niskiej temperaturze. Znawcy gwiazdozbiorów mieliby niezłe używanie. Księżyc, którego nie widzimy, lekko oświetla zbocza gór schodzących do dna doliny. Jak zwykle, kiedy jadę z Alikiem, mamy świetną pogodę.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też