Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa | Mateusz Waligóra

Z natury jestem tchórzem

NPM 12/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. Mateusz Waligóra)
Podróżnik Mateusz Waligóra, autor książki „Trek”, która wygrała w kategorii „Poradniki” na Festiwalu Górskim w Lądku-Zdroju.

Redakcja przyznała mi cztery strony na przedstawienie Ciebie Czytelnikom. To niewykonalne. Ratunku!
Mówi się, że jedno zdjęcie potrafi zastąpić tysiąc słów. Podrzucę Ci kilka, nie martw się… (śmiech)

Dziękuję, zatem ad rem: dlaczego rozmawiamy w środku nocy?
Bo wcześniej, przepraszam, nie miałem czasu. Żona, dwóch synów… Przed tygodniem z dziennikarką Wirtualnej Polski rozmawiałem o tej samej porze. Książkę też pisałem po nocach.

No właśnie, książkę… Gdybym Cię nie znał, to mógłbym pomyśleć, że napisał ją ktoś starszy ode mnie, a nie młodszy o 20 lat. Wiedza, którą dysponujesz, jest imponująca. W recenzjach Martyna Wojciechowska czy Piotr Chmieliński piszą o Tobie: „ekspert, który doświadczył wszystkiego na własnej skórze”. W tak krótkim czasie? Jak to możliwe?
Od 10 lat moje życie to ciągłe wyprawy. Zdarza się, że wracam z jednej, zabieram przygotowany wcześniej plecak i wyruszam na drugą. Kończąc liceum, postanowiłem, że podróżowanie będzie moim sposobem na życie. Wszystkie decyzje, które podejmowałem później, podporządkowywałem realizacji tego zamiaru. A szybkiemu zdobywaniu doświadczenia służyła też różnorodność moich wypraw: mam za sobą ekspedycje rowerowe i piesze, autostopowe, reporterskie i dziennikarskie, przez pustynie, góry i na rakietach śnieżnych, krótkie i bardzo długie. Najdłuższa, rowerowy trawers Andów, trwała półtora roku. Z kolei przejazd rowerem przez australijską Canning Stock Route, jakkolwiek krótszy, miesięczny, był najtrudniejszą i najbardziej wyczerpującą z moich wypraw.

Podobno po powrocie z Australii nie wsiadłeś już więcej na rower. Zbrzydł Ci?
Nie, przedawkowałem i kręgosłup odmówił współpracy.
 
Pierwsze było Maroko
Którą wyprawę górską uznajesz za swoją pierwszą, poważną, samodzielną?
Na pierwszy czterotysięcznik, który udało mi się zdobyć: Jebel Toubkal w Maroku. Wcześniej chodziłem dużo po Tatrach i Karkonoszach, zresztą żonę poznałem na kursie przewodników sudeckich. Pewne doświadczenie górskie już zatem miałem, ale dopiero przekroczenie granicy 4000 metrów n.p.m. potwierdziło, że na takiej wysokości czuję się dobrze. A pobytem w Maroku udowodniłem, że dobrze odnajduję się w krajach o innej kulturze i innym klimacie. Wracałem stamtąd przekonany, że mój wybór dalszej drogi życiowej był trafny.

Dlaczego zacząłeś właśnie od Jebel Toubkal?
Bo tam jest blisko, tanio i egzotycznie, a zdobycie szczytu jest łatwe. Od tamtego czasu byłem w Maroku jeszcze sześć razy.

A ile razy byłeś na czterech tysiącach metrów?
Trudno powiedzieć, bo podczas rowerowej wyprawy przez Andy nie zjechaliśmy z tej wysokości przez ponad pół roku.

Gdzie zatem byłeś najwyżej?
Na Aconcaguę (6962 m n.p.m.) wszedłem trzykrotnie. I nie planuję pobijać własnego rekordu wysokości. Nie ciągnie mnie wyżej, nie mam takich ambicji.

Ostatnio znowu byłeś w Ameryce Południowej.
Tak, tym razem w Peru i Boliwii, na wyprawie trampingowej, którą prowadziłem komercyjnie. Poprzednio byłem tam w maju, podczas drugiej z tryptyku ekspedycji projektu „Before it is gone: Victorinox Qhapaq Ñan”. Projekt ten realizujemy wspólnie z fotografem Michałem Dzikowskim, pod patronatem „National Geographic Polska”, którego jestem dziennikarzem.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też