Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Tatry Wysokie

Z deszczu pod Terinkę

NPM 11/2008
Numer wyprzedany
Autor:
Łukasz Kaźmierczak
(fot. Jarosław Tomaszewski)
Jeśli za oknem mży i kroi się niezła „kaszana”, nie musisz od razu zniechęcać się i rezygnować z planowanej wycieczki w góry. Bo być może tracisz tym samym okazję do przeżyć, jakich nie dostarczy Ci nigdy żadna „trafiona” pogoda. Na Czerwonej Ławce najlepiej jest wtedy, gdy nie ma słońca.

Podobno w Tatrach Słowackich można spotkać mniej turystów niż po ich polskiej stronie. Ba, po głębszym namyśle skłonny jestem nawet przyjąć to za pewnik, ale mniej to nie znaczy wcale, że mało. A już na pewno nie dotyczy to ani Doliny Pięciu Stawów Spiskich, ani tym bardziej rejonu Doliny Zimnej Wody. Cóż, jest to czyściec, przez który musi przebrnąć każdy, kto zamierza wziąć się za bary z osławioną Czerwoną Ławką.

Hokejką z Hrebienoka
Przy pięknej bezchmurnej pogodzie wydaje się wręcz, że słońce postawiło sobie za punkt honoru wypędzenie w Tatry wszystkiego, co żyje i co zjechało na wypoczynek do kurortów leżących u stóp Tatrzańskiej Magistrali. Szkopuł w tym, że wszyscy ci ludzie prędzej czy później muszą się spotkać w długim wagoniku kolejki na Hrebienok – stanowiący najdogodniejszy punkt wypadowy w tę część słowackich Tatr. A że Siodełko – bo tak brzmi polska nazwa grzbietu – to słowacki odpowiednik Gubałówki, więc i „turyści” w przytłaczającej większości są właśnie na miarę tych naszych, gubałówkowych.
W tej sytuacji jedynym rozsądnym wyjściem wydaje się włączenie „piątego biegu”, i to zaraz po opuszczeniu średnio urodziwej górnej stacji słowackiej kolejki. Manewr podobny mniej więcej do tego, co każdy rozsądny człowiek uczynić powinien na szosie zmierzającej z Palenicy Białczańskiej do Morskiego Oka. Jedyna różnica polega na tym, że tam da się jedynie slalomować między niekończącą się ludzką gąsienicą, w odniesieniu zaś do Hrebienoka slalom, a raczej hokejka – co zdaje się właściwszą nazwą, zważywszy na fakt, że znajdujemy się w okolicy legendarnej drogi wspinaczkowej na zachodniej ścianie Łomnicy – sprowadza się do iście sprinterskiej ucieczki przed goniącym peletonem.
Wyżej jest zresztą nawet ciut mniej ludzi; kto miał pójść gdzie indziej, ten już sobie poszedł. Jedni – tylko do Bilikovej Chaty czy do wodogrzmotów Zimnej Wody, inni nieco dalej – na Skalnate Pleso albo w kierunku Doliny Wielickiej. Ale i tak trudno się oprzeć wrażeniu, że wszyscy święci walą prosto na Terinkę.
Nie ma się jednak czemu dziwić. Wystarczy sięgnąć po „Tatry Słowackie” niezawodnego Józefa Nyki, by wyczytać z nich, że już 30 lat temu przechodziło tamtędy średnio cztery tysiące osób dziennie. Gołym okiem widać też, że ów rekord został pobity już dawno.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Tatry Wysokie
Słowacja

Zobacz też