Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Śmierć w polskich górach

Wystarczy tylko potknięcie

NPM 6/2011
Numer wyprzedany
Autor:
Krzysztof Ulanowski
fot. Adam Markowski (Paweł Piesio podczas nauki wspinaczki lodowej na lodospadzie koło Zmarzłego Stawu pod Zawratem)
Kiedy tylko mógł, wyrywał się z Warszawy w Tatry, które szczególnie ukochał. Wieczorami pochłaniał w schroniskach górską literaturę. I marzył. Plany na przyszłość przerwała tragiczna śmierć pod Kościelcem.

Chciał jechać w najbliższym czasie z przyjaciółmi w rumuńskie Karpaty, a w dalszej przyszłości – w góry Azji Środkowej. Nie zdążył. Na początku stycznia wybrał się samotnie na Kościelec. Schodząc ze szczytu, prawdopodobnie potknął się i spadł z dużej wysokości lub po prostu się przewrócił i doznał urazu głowy. Piszemy „prawdopodobnie”, bo świadków wypadku nie było. Leżącego człowieka wypatrzyli ratownicy, którzy lecieli śmigłowcem TOPR-u na ratunek innej ofierze Tatr. Z uwagi na warunki pogodowe helikopter nie mógł lądować od razu. Kiedy w końcu się to udało, Paweł Piesio już nie żył. Miał zaledwie 18 lat. W tym roku czekała go matura.

Gałązka kosodrzewiny
Niedługo przed swoją śmiercią Paweł poznał w „Morskim Oku” dziewczynę, która kochała góry tak jak on. To właśnie z nią chciał jechać w Himalaje. Zamiast tego Kasia pojechała do Warszawy na pogrzeb licealisty. A po miesiącu wybrała się do stolicy jeszcze raz, zgodnie z górskim zwyczajem złożyć na grobie przyjaciela gałązkę kosodrzewiny.
– 2 lutego poszłam na cmentarz i przed grobem syna zobaczyłam młodą dziewczynę – mówi Anna Piesio, mama Pawła. – Okazało się, że to Kasia, koleżanka Pawła. Przyjechała, chociaż wcześniej widziała się z synem zaledwie dwa razy. W Tatrach poznała go na szlaku, a potem spotkali się jeszcze w Warszawie. Powiedziała mi jednak, że nie wyobrażała sobie, żeby miesiąc po śmierci Pawła nie przyjechać na grób i nie zapalić świeczki.
Katarzyna Mertuszka pochodzi z Boguszowa w Sudetach Środkowych, a obecnie studiuje prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. W wolnych chwilach wędruje po polskich i czeskich Sudetach. Była także w ukraińskich Karpatach, Alpach Bergamskich czy w masywie Aragac w Armenii. W schronisku młodzi ludzie przegadali ze sobą tylko jeden wieczór, ale więcej nie było potrzeba.
– Rozmawialiśmy o górach, życiu, podróżach... – opowiada Katarzyna. – Kolejnego dnia Paweł w trudnych warunkach, na oblodzonym szlaku i we mgle, zdobył Rysy, podczas kiedy ja byłam zmuszona zawrócić. Proszę mi wierzyć, że mężczyzn, których spotkałam w swoim życiu, i którzy zrobili na mnie wrażenie, mogłabym policzyć na palcach jednej ręki. Paweł do nich należał. Nie dlatego, że wszedł na Rysy, ale dlatego, że był takim, a nie innym człowiekiem.

Nad wiek dojrzały
A jaki był? Tu zarówno krakowska studentka, jak i przyjaciele oraz nauczyciele Pawła z warszawskiego Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Zamoyskiego mówią w zasadzie jednym głosem.
– To był człowiek niezwykły. Rzadko spotyka się teraz takich ludzi. Pełen górskiej pasji. Szczerze mówiąc, przerastał w tym nawet mnie – przyznaje Kasia. – Młody, silny i pełen zapału, a do tego niesamowicie sympatyczny, pomocny, dobry po prostu. Ciekawy świata, co widać w oczach, kiedy ktoś jest gotów podążać za swoimi marzeniami, płacąc za to nieraz wysoką cenę. Ale najbardziej mnie w Pawle ujęło to, że był nad swój wiek dojrzały. Właściwie myślałam, że jest już po studiach, a on miał dopiero zdawać maturę.
– Był bardzo poważny i rozważny – zgadza się Witold Łaszek, kolega z klasy. – Kiedy szliśmy razem w góry większą ekipą, byliśmy spokojniejsi. Uważaliśmy, że z nim nic nam się nie może stać.
– Kiedy wybierałem się gdzieś z Pawłem, rodzice nie obawiali się o mnie – dodaje Adrian Żuchewicz, kolega z podwórka. – Kiedy byliśmy razem w Grecji i, jak to młody człowiek, trochę przesadziłem z alkoholem, przyjaciel się mną zaopiekował.
– To był bardzo roztropny młody człowiek, taki z klasą – podkreśla ksiądz Cezary Kokociński, katecheta w Liceum im. Zamoyskiego. – Długo już uczę w szkole. Poznałem setki, a może nawet tysiące uczniów, ale rzadko miewałem okazję trafić na kogoś takiego. Miałem wrażenie, że wyprzedzał swoich rówieśników. Był zawsze uśmiechnięty, ale przy tym powściągliwy. Swoje zdanie potrafił wyrazić jednym gestem.
– Roztaczał wokół siebie niewidzialną aurę mądrości, ale także skromności – wspomina ojciec Pawła, Włodzimierz Piesio. – Wszyscy go za to cenili. Był rozważny. Bardzo dobrze pływał, ale nigdy nie wypuszczał się w głąb morza, choć przecież takie poruszanie się naprzeciw falom, zgrywanie się z nimi ma swój smak, bo człowiek wtedy nawiązuje głębszy kontakt z naturą, z Bogiem. Paweł wolał jednak pływać długo, ale bezpiecznie – wzdłuż brzegu.

Szalona wyprawa
Osiemnastolatek potrafił jednocześnie robić rzeczy dość zwariowane. Na przykład zdecydował się na samotny wypad do Rumunii, który miał stanowić rekonesans przed wypadem całą paczką w tamtejsze Karpaty.
– Mamy taki rodzinny dom w Zakopanem, gdzie często gościli moi znajomi – mówi Witek. – To stamtąd robiliśmy wypady w Tatry. W wakacje 2010 roku, tuż po swojej osiemnastce, Paweł przyjechał do Zakopca z wielkim plecakiem. Ruszyliśmy razem w stronę Szczyrbskiego Jeziora na Słowacji. Paweł zawsze po górach chodził szybko. Nie byłem więc zdziwiony, że i tym razem ciężko mi było go dogonić, choć miał ciężki plecak. Kiedy jednak mijał czas, zacząłem się niepokoić, tym bardziej że nie mogłem się do Pawła dodzwonić. Miał taki zwyczaj, że w górach, na szlaku często wyłączał komórkę, żeby go „nie ograniczała”. Kiedy wreszcie do mnie zatelefonował, siedział już w wagonie „elektryczki” jadącej do Popradu.
– Zaraz potem zadzwonił do mnie – wtrąca Paweł „Góra” Górowski, kolega z podwórka. – Powiedział, że mam 36 godzin, żeby dotrzeć do niego, do Popradu. Dla mnie to było jednak zbyt szalone...
Wyjazd był zwariowany, bo Paweł wybrał się do Rumunii w tajemnicy przed rodzicami, obawiając się, że mogliby się na taką eskapadę nie zgodzić. Pojechał w końcu sam i poradził sobie nadspodziewanie dobrze. Przez Węgry podróżował stopem, rozbijając namiot a to na polu u chłopa, a to w budapeszteńskim parku. Przed samą granicą rumuńską trafił na korek, więc wysiadł z samochodu, którym jechał, i do Rumunii wkroczył na piechotę.
– Znał francuski i angielski, więc z tubylcami potrafił się jakoś dogadać – opowiada „Góra”. – Jednak w Rumunii zetknął się z dużo większą niż w Polsce biedą i nie czuł się zbyt pewnie. Zdecydował się wrócić do kraju.
– To był ten jedyny raz, kiedy uznałem, że Paweł przesadził – przyznaje Adrian. – Rodzice mieli pełne prawo być na niego źli.
– Syn był trzy lata w harcerstwie, jeździł na obozy i tam się nauczył samodzielności – mówi pani Anna.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Tatry Wysokie
Polska

Zobacz też