Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Beskid Niski

Wypowiedz moje imię

NPM 8/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Filip Springer
Dwie odrestaurowane wieże to znak rozpoznawczy Rotundy (Fot. Filip Springer)
„Aż do najdalszych czasów te oto pola mogilne powinny być dla nas i naszych następców miejscami uszlachetniania się i budowania. Powinny z nich promieniować siły, które wyprostują chwiejnych i przyprowadzą do siebie błądzących” – pisali na początku XX wieku twórcy austriackich cmentarzy wojennych. Dziś w Beskidzie Niskim trzeba rzeczywiście zabłądzić, by na nie trafić.

Pierwsze strzały armatnie tej wojny dało się usłyszeć w Gorlicach 7 listopada 1914 roku. Groźne pomruki dochodziły z północy, wschodu i rozbrzmiewały przez cały tydzień. Ludzie patrzyli w tamtym kierunku z obawą, chodzili przerażeni. Władze miasta i komenda etapowa wyjechały w popłochu. Zostali tylko mieszkańcy.

Oblicza wojny
15 listopada zebrali się w kościele. Ksiądz kanonik Bronisław Świeykowski zapisał wtedy:
„Na wieść o patrolu kozackim kościół opróżnił się natychmiast, wszyscy bowiem z lamentem pospieszyli w popłochu do mieszkań i żywy duch nie pokazał się na ulicy więcej w ciągu tego przedpołudnia. O godzinie trzeciej popołudniu wjeżdża wojsko rosyjskie do miasta. (…) Więc zaczęło się 16 listopada, od świtu hulanie po mieście i trwało aż do 19-go. Zaledwo kilka sklepów, między innymi bazar ludowy, księgarnię nauczycielską jakoś pominięto przy tym hulaniu, reszta wszystkie padły ofiarą dzikiej hordy kozackiej”.
Chodząc po dzisiejszych Gorlicach, trudno sobie wyobrazić te dzikie, kozackie hordy, plądrujące sklepy i domy. Podobnie zresztą, jak trudno je sobie wyobrazić na bazarze w Przemyślu, gdzie dziś sprzedaje się ukraińskie mydło i powidło czy na pochyłym rynku w Grybowie. Trzeba dużo wysiłku i wyobraźni, by dojść, co działo się za rozbitymi drzwiami eleganckich kamieniczek, na zapleczach kupieckich składzików, w zadbanych ogródkach na tyłach domów. Trudno samemu wyobrazić sobie nocną wizytę Czerkiesów w domu handlarza skór, mieszkającego nieopodal gorlickiego rynku. Załomotali do drzwi czy weszli do środka, wyważając je? Dyskutowali z gospodarzem, czy od razu zakłuli go szablami? Zgwałcili jego córkę, zanim go zabili czy dopiero potem? I dlaczego porzucili ją martwą w ogrodzie? Miała przecież zaledwie 17 lat.
Ksiądz Świeykowski, proboszcz miejscowej katolickiej parafii skrupulatnie wszystkie te występki Moskali notował.
„Ani przypuszczałem, aby ten mój
dyaryusz miał kiedyś stać się własnością ogółu” – napisze na początku swego pamiętnika „Z dni grozy w Gorlicach. Od 25 IX 1914 do 2 V 1915”.

Trzeba ich pochować
Zapiski kanonika Świeykowskiego trzeba jednak czytać z uwagą, by cokolwiek zrozumieć z tego, co do dziś w Beskidzie Niskim wielu nie daje spokoju. To groby. Ułożone w równe rzędy na szczytach wzgórz, w urokliwych dolinkach, na nasłonecznionych stokach i w cieniu starych dębów. Część krzyży spróchniała i rozpadła się w pył, inne przetrwały wśród krzaków, jeszcze inne zostały odrestaurowane przez grupki lokalnych zapaleńców. Wojskowych cmentarzy z czasów I wojny światowej są na całym Podkarpaciu – a szerzej – w całej ówczesnej Galicji – setki. Od Krakowa po Przemyśl, a dalej na Ukrainie i na Słowacji. A jednak tylko tutaj, w Beskidzie, wędrowiec ma szansę natknąć się na nie zupełnie niespodziewanie. I gdy do takiego spotkania z przeszłością jest nieprzygotowany, może tylko bezradnie rozłożyć ręce.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Beskid Niski
Polska

Zobacz też