Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Tatry Zachodnie

Wyjście z krainy mroku

NPM 2/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Anna Atraszkiewicz
Tuż przed Czubikiem, wraz z nadejściem zmierzchu, próbujemy uchwycić na fotografii ostatnie ciepłe barwy światła (fot. Anna Atraszkiewicz)
Szóstego dnia nie wytrzymałam. Ileż można znosić dwudziestostopniowe mrozy, tkwiąc w północnych ścianach morskoocznej krainy cienia? Kiedy słońce dotyka swoim ciepłem jedynie szczytów, na które nie mogę wejść, pragnę go jeszcze bardziej.

Mam dość! Przyznaję sama przed sobą i szukam pośpiesznie w myślach miejsca w Tatrach, gdzie mogłabym poczuć trochę ciepła i spojrzeć na tonący w słońcu horyzont. Tęsknota za oślepiającym blaskiem słońca i śniegu natychmiast sprowadza mnie na właściwy trop. To Błyszcz!

W krainie mroku
Zimno to wszechobecny i zdecydowanie zbyt silny przeciwnik. Jak długo można z nim walczyć? Kiedyś przecież każdy człowiek ma dość. Sześć dni na siarczystym mrozie. Minus dwadzieścia w południe to taka, powiedzmy, średnia tygodnia.
– Doprawdy nie mogliśmy znaleźć lepszego terminu na urlop! – wielokrotnie zarzucam sobie dość niefortunny wybór czasu na spędzenie go w górach.
Ale to nic, zresztą czego ja chcę w zimie? Przecież słońce świeci każdego dnia. Nie przewidziałam tylko jednego – że ten ledwo wygospodarowany, wolny od pracy czas zechcemy spędzić nad Morskim Okiem. To w końcu jedno z najpiękniejszych miejsc w Tatrach, jeśli nie najpiękniejsze. Tyle że o tej porze roku przez większość dnia zamienia się w krainę mroku. Słońce jest na tyle nisko, że nie może wyjść ponad Rysy. A gdy pojawi się przy Żabim Koniu, znika zaraz za Mięguszowieckimi i to by było na tyle, jeśli chodzi o jego obecność. Ci, którzy w południe krążą wokół schroniska, przez kilka godzin mogą się wygrzewać w jego promieniach. Ale przecież nie na siedzenie przy schronisku tu przyjechaliśmy.
Śniegu co niemiara, ale i zagrożenie lawinowe – jak na ten rejon – dość spore. Z najbezpieczniejszych miejsc do wspinaczki zostają i tak tylko niektóre północne ściany, a te pogrążone w cieniu nigdy nie pozwalają oglądać upragnionego słońca. Wychodzimy codziennie w góry jeszcze po ciemku. Potem spędzamy cały dzień w zacienionej ścianie. Wieczorem wracamy po zmroku, by rano po ciemku znów wstać. I ciągle zimno…
W sobotę nie wytrzymuję. Trzęsąc się z zimna na stanowisku, odczytuję
SMS-a od kolegi: „Pozdrowienia z Czerwonych Wierchów, opalamy się i rozkoszujemy słońcem”.
– Marcin, ja już mam dość tego cienia! – robię zdecydowany wyrzut mojemu partnerowi. – Jak chcesz, to się tu dalej wspinaj, ale ja muszę chociaż na chwilę wyjść na słońce, gdzieś się przejść, ogrzać, bo depresji dostanę… – ciągnę zmierzającą ku strajkowi wypowiedź.
– Dzisiaj przejeżdża Paweł, więc na jutro mam partnera. Jak chcesz, możesz iść na słońce – słyszę w odpowiedzi.
Super. Możesz iść! Tylko z kim? I gdzie?

(...)
Błyszczący kierunek
O siódmej rano witam się już z moją przyjaciółką. Sylwia przyjechała po mnie samochodem, którym podjedziemy na Siwą Polanę. Pusty o tak wczesnej porze parking opuszczamy dość szybkim krokiem. Silny mróz odbiera nam nawet chęć na pogaduchy. Dopiero w okolicach Siwiańskich Turni zaczynamy nieco się rozgrzewać i omawiać cel naszej dzisiejszej wycieczki.
– Siwa Przełęcz, Błyszcz, Ornak i do domu – Sylwia zdecydowanie potwierdza trasę, którą wczoraj planowałyśmy telefonicznie.
Po godzinnym, szybkim marszu docieramy do leśniczówki, by za chwilę odbić na czarny szlak prowadzący do Starorobociańskiej Doliny. Nie tracąc czasu na postoje, kierujemy się za wydeptanymi w śniegu śladami. Ścieżka zaczyna się nieco wznosić, a nam robi się coraz cieplej. Rozmowa zaczyna się mocno kleić i absorbuje nas tak bardzo, że dopiero po pewnym czasie orientujemy się, że najwyraźniej ostatnio nikt do Starorobociańskiej Doliny nie chodził. A ślady, za którymi podążamy, prowadzą nas za żółtymi znakami szlaku na polanę Iwanówka.
– Cóż, w takim razie idziemy na Iwaniacką Przełęcz – śmiejemy się z naszego gapiostwa.
– Może to i lepiej, podejście pod samym Ornakiem na Siwą wydaje mi się mocno lawiniaste – staram się znaleźć argumenty nieco nas usprawiedliwiające.
Na Iwaniackiej Przełęczy (1459 m n.p.m.) meldujemy się tuż po godzinie dziewiątej. Zarządzamy dłuższy postój. Z herbatą, ciasteczkami i badawczym spojrzeniem na piętrzące się za nami skały Kominiarskiego Wierchu.
– Ta góra jest magiczna. Tak bardzo żałuję, że nie można tam wejść. Marzy mi się, że kiedyś przestanie być rezerwatem… – nie kończę swojego wywodu.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też