Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Bośnia

Wyjdzie w Prenju

NPM 10/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Wojciech Śmieja
(fot. Wojciech Śmieja )
Mam słabość do gór mniej znanych, niezbyt popularnych, niekoniecznie bardzo wysokich i spektakularnych, bo chodzi mi nie tyle o osławione pokonywanie własnych granic czy niezwykłe widoki, ile o luksus samotnego wędrowania, iluzję pionierstwa, bliskość z przyrodą, najzwyklejszy spokój. Leżące na pograniczu Bośni i Hercegowiny pasmo Prenj daje mi właśnie to, czego potrzebuję. Widoki dostaję w bonusie.

Żeby spisać swoją historię, parzę sobie w moim starym miedzianym tygielku prawdziwą kawę popularnej bośniackiej marki Zlatena džezva, wyciągam mapy, przewodniki i zebrane po drodze foldery, puszczam jakieś rzewne sevdalinki (tradycyjne melodie z Bośni i Hercegowiny). Spoglądam przez okno, za którym słońce odbija się w topniejącej połaci śniegu, dając to niezwykle intensywne i rozproszone światło, które świeci tylko przez kilka dni w roku, a i to nie zawsze. Spoglądam w to światło, chcąc przypomnieć sobie, skąd pomysł bośniackiego wyjazdu?
Jak zwykle w moim przypadku była to pewnie literatura. Jeszcze na studiach wybrałem jako przedmiot dodatkowy literaturę południowosłowiańską, dzięki której zakochałem się w Ivo Andriciu, a przez niego w Bałkanach, a w Bośni szczególnie. Kilka lat później poznałem Gośkę, która w tym kraju spędziła parę lat i, opisując mi ten rejon, powiedziała coś, co bardzo zapadło mi w pamięć: że tam czuje się, jak ziemia oddycha.

To już jest Konjic
Góry Prenj nie są najwyższe w Bośni. Najwyższy ich szczyt Zelena Glava (2115 m n.p.m.) wyraźnie ustępuje Magliciowi (2386 m n.p.m.). Ich obszar też nie jest wielki, choć góry ciągną się aż do Mostaru, ich wyniosłe granie mogą podziwiać kierowcy jadący trasą Sarajewo-Mostar. Co więcej, turyści górscy przybywający na Bałkany mają „do dyspozycji” całe kraje bardziej kojarzone z górami niż Bośnia: Słowenię na północy, Czarnogórę czy Albanię na południu. Tam góry wyższe, bardziej znane, lepiej zagospodarowane, rozleglejsze. Dlatego właśnie Prenj jest dla mnie. Górski wysiłek i zmęczenie to forma dobrej przyjemności. Podział na dobre i złe przyjemności zawdzięczamy Epikurowi, którego maksymę „lathe biosas” („żyj w ukryciu”) szepczę pod nosem, ciesząc się wyobrażeniem nieograniczonej wolności i samotności wśród szczytów Prenj. Choć prawdę mówiąc, to z tą wolnością i samotnością 40-letni ojciec dwójki dzieci i mąż nie ma lekko. Wybór gór Prenj jest podyktowany kompromisem między moimi pragnieniami a możliwościami fizycznymi dziewięciolatka i dwunastolatki.
Punktem wypadowym jest dla nas niewielkie miasteczko Konjic. Przewodniki piszą o nim jako o bośniackim Chamonix, co oczywiście jest haniebnym nadużyciem, niemniej ta handlowa kasaba między Sarajewem a Mostarem ma swój urok. Przez miasto przepływa szeroka i płytka, wartka Neretwa, której oba brzegi spina piękny most, otomańska ćupirja. Najlepiej go podziwiać z nowoczesnego mostu 600 metrów w dół rzeki, wówczas na drugim planie ujrzymy szczyty Prenja, z którymi pięknie komponuje się wzniesienie mostu. Poza mostem Konjic nie ma wielu atrakcji, miejscowa čaršija (targowisko) jest mikroskopijna, ale warta spaceru. Podobnie jak godne odwiedzenia są dwa maleńkie meczety – Čaršijski i Repovački po obu stronach mostu. Konjic to świetna baza wypadowa nie tylko w masyw Prenj, ale także w Bjelašnicę i Bitovnji. Dla spragnionych wrażeń w mieście działa kilka agencji turystycznych organizujących spływy po Neretwie. Ponoć niezapomniane.
My jednak z nich nie skorzystamy. Trudy podróży do Konjica rewanżujemy sobie piknikowym wyjazdem nad jezioro Boračko. To zaledwie kilkanaście kilometrów od miasta, ale jedzie się przez góry około 45 minut. Trzeba się mocno wspinać, bo jesteśmy już w Prenju, a potem mocno w dół. Jezioro (404 m n.p.m.) jest niewielkim owalem ciepłej wody (800 m długości, 400 m szerokości), który można sobie przepłynąć łódką, żabką lub kraulem wzdłuż i wszerz. Nad jeziorem działa kilka kempingów i restauracji, woda jest czysta i orzeźwiająca. Spędzamy tu fantastyczny dzień „aklimatyzacyjny” i już sobie obiecujemy, że schodząc z gór, wrócimy tu, żeby trochę się odświeżyć, dać odpocząć strudzonym, spiętym podczas wędrówki mięśniom i schłodzić rozgrzane ciała.

Tisovica
Najdogodniejszym miejscem i najpiękniejszym w całym masywie jest rozległa, długa na około pięć kilometrów dolina Tisovica. Jej południowo-wschodni kraniec zamyka postrzępiony grzebień „bośniackich Himalajów” z najwyższymi szczytami: Zeleną Glavą i Otišem (2097 m n.p.m.). Stąd też wychodzą szlaki w inne rejony, na przykład na Lupoglav (2102 m n.p.m.). Dostać się tu nie jest łatwo. Nie mam pojęcia, ile szłoby się z Konjica piechotą, ale samochodem terenowym, którym się poruszamy, zajmuje to jakieś półtorej, może dwie godziny. Wjazd na wysokość około 1300 metrów n.p.m. jest jednak spektakularny. Kamienista droga wije się malowniczymi serpentynami znacznie wyżej niż niecka doliny. Otwiera przed nami niesamowicie szeroki widok, którego dominantą jest rozległe Jablanickie Jezero i okoliczne pasma górskie. Miejscami droga przytula się do zbocza i spada raptownie w przepaść. Jest wąsko i zastanawiam się, jak wyglądałaby ewentualna mijanka z pojazdem jadącym z naprzeciwka.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też