Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Kazbek

Wspinaczka jak na Księżycu

NPM 2/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Łukasz Wieruszewski
Kościół Cminda Sameba (2170 m n.p.m.), w tle Kazbek (5033 m n.p.m.) (fot. Łukasz Wieruszewski)
Przed nami 250 metrów stromego podejścia, około 50 stopni nachylenia. Wstajemy i zaczynamy się piąć ku szczytowi. Powoli, robiąc ociężałe kroki, jakbyśmy byli na Księżycu. Jestem totalnie wyczerpany, ale zmuszam się do ostatniego wysiłku.

Celem naszej wyprawy pod nazwą „3×5k Peaks Trekking Expedition” było zdobycie trzech szczytów mierzących ponad pięć tysięcy metrów wysokości: Damavandu (5610 m n.p.m.), Kazbeku (5033 m) i Elbrusu (5642 m). Dodatkowo planowaliśmy wejść na Aragats (4095 m), najwyższy szczyt Armenii. Ekipa składała się z pięciu osób: Dominiki, Ola, Grześka, Remika i Łukasza. Jak to jednak zawsze bywa, plany trzeba na bieżąco weryfikować. Przed Kazbekiem udało nam się wejść na najwyższy szczyt Iranu – Damavand. Niestety, komplikacje w trakcie podróży nie pozwoliły nam postawić stopy na szczycie Aragatsu, choć widzieliśmy go z bardzo bliska. Dlaczego tak się stało? Aragats to miejsce specyficzne. Od szczytu w promieniu 20 kilometrów nie ma dostępu do żadnej wody. Jest to istna pustynia, bez rzek i stawów. Do tego aby wejść na najwyższy szczyt (Aragats ma cztery szczyty; północny jest najwyższy, południowy najniższy), jadąc z Erewania, trzeba ominąć całą górę i wysiąść w jednej z wiosek. Przejście pomiędzy wierzchołkami jest trudne, żeby nie powiedzieć niemożliwe. Niestety, bariera językowa i upór Ormian spowodowały, że podwieziono nas samochodem na południowy szczyt, na wysokość około 3500 m n.p.m. Na dodatek wcześniej się nie zatrzymali, byśmy mogli zrobić odpowiednie zapasy. Tym samym musieliśmy wrócić i skupić się na kolejnej górze. Następnym celem naszej wyprawy był Kazbek.

W monastyrze spać nie wolno
Z Erewania, stolicy Armenii, jedziemy marszrutką do Tbilisi. Nie umiem opisać ulgi, jaka towarzyszy nam po przekroczeniu granicy armeńsko-gruzińskiej. Niestety, stan dróg w Armenii woła o pomstę do nieba. Już godzinna podróż nimi odczuwana jest w plecach i lędźwiach. Udaje nam się jednak przeżyć tę podróż i szczęśliwie docieramy do stolicy Gruzji, gdzie zatrzymujemy się w hostelu i zbieramy siły do zdobywania kolejnego szczytu, śpiąc wreszcie w łóżkach. Na dalszą podróż do Kazbegi wykupujemy całą marszrutkę dla siebie. Wychodzi drożej, ale za to jest bardziej komfortowo. Dołącza do nas para Węgrów, więc cena na jedną osobę trochę się zmniejsza. Po drodze zwiedzamy twierdzę Ananuri, ośrodek narciarstwa w Gudauri i Przełęcz Krzyżową. Twierdza Ananuri pochodzi z przełomu XVI i XVII wieku. Forteca należała do książąt Aragwi, panujących na tych terenach od XIII wieku. Zamek był świadkiem kilkunastu bitew. Przełęcz Krzyżowa (2379 m n.p.m.) to z kolei najwyższy punkt Gruzińskiej Drogi Wojennej.
Wycieczkę uprzykrzają nam liczne remonty dróg. Dość już mamy wybojów i podróży jak na poligonie. W końcu około godziny 18 wjeżdżamy na główny plac miasteczka Kazbegi (ok. 1700 m n.p.m.). Pierwsze wrażenia nie są oszałamiające. Nie mogę dostrzec szczytu Kazbeku, co bardzo mnie martwi. W oddali widzę górujący nad otoczeniem kościół Cminda Sameba, ale wierzchołek zasłoniły chmury. Dopiero po chwili, gdy wiatr skutecznie je przewiewa, ukazuje się nam piękny i potężny Lodowy Szczyt.
Postanawiamy jeszcze tego wieczora dotrzeć do kościoła na wzgórzu. W przewodniku wyczytaliśmy, że możliwy jest nocleg w jego holu, co nas bardzo ucieszyło. Zabieramy więc szybko bagaże, kupujemy prowiant w pobliskich sklepach i ruszamy w stronę gór. Na początku wybieramy stromą ścieżkę, ale okazuje się to nietrafioną decyzją, z której szybko rezygnujemy. Droga ta ma bowiem jakieś 60 stopni nachylenia. Wejście nią z 30-kilogramowymi plecakami byłoby nie lada wyczynem. Przerzucamy się więc na trasę dla samochodów. Po mniej więcej dwóch godzinach docieramy na miejsce, a naszym oczom ukazuje się rozległa polana z pasącymi się na niej krowami. Na jej końcu góruje budowla Cminda Sameba, czyli po polsku – Święta Trójca. Jest to klasztor wzniesiony na wzgórzu
(2170 m) w XIV wieku. Do budynku można dojechać samochodem. Codziennie rano przyjeżdża tu kaznodzieja, który odprawia mszę. Widoki stamtąd zapierają dech w piersiach, bo za świątynią dumnie prężą się szczyty czterotysięczników, a poniżej widać całe miasteczko. Niepowtarzalny widok urzeka nas na tyle, że od razu postanawiamy cały kolejny dzień odpocząć w tym miejscu i zregenerować siły. Jednak informacja, że można przenocować w kamiennych ścianach monastyru, okazuje się fałszywa. Jesteśmy zmuszeni rozbić się na pobliskiej polanie. Obok naszego namiotu stoi kilka innych należących do Polaków. Co ciekawe, większość naszych rodaków dotarła tu, podróżując autostopem.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Kaukaz
Gruzja

Zobacz też