Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Andrej Štremfelj

Wspinacz jest jak górski potok

NPM 11/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Paulina Wierzbicka
()
W obliczu gór jesteśmy tylko małymi człowieczkami zdanymi na ich łaskę – mówi Andrej Štremfelj, zdobywca Złotego Czekana za całokształt dokonań.

Jesteś gościem XXIII Festiwalu Górskiego im. Andrzeja Zawady w Lądku-Zdroju. I to można powiedzieć gościem pisanym wielką literą! W sobotę podczas gali rozdania Złotych Czekanów odebrałeś swoją statuetkę – Piolet d’Or Carriere 2018. Co to dla Ciebie znaczy?
Jestem zadowolony i bardzo ważne jest dla mnie to, że społeczność wspinaczkowa doceniła moją karierę wspinaczkową i wyróżniła mnie w tym roku Złotym Czekanem za całokształt działalności górskiej „Piolet d’Or Carriere 2018”. Nigdy nie wspinałem się dla nagrody, zawsze robiłem to tylko dla siebie. Ale wspinaczka jest całym moim życiem. Poniekąd podporządkowałem je kolejnym wyprawom. Na szczęście wszystkie osoby, które spotkałem na swojej drodze, mocno mnie wspierały w mojej pasji.
Z żoną się wspieramy i rozumiemy
W dużej, jeśli nie największej mierze – to Twoja żona Marija.
Tak, wspólnie się wspinamy i pracujemy jako przewodnicy. Stawaliśmy również na wielu szczytach razem. Byliśmy pierwszym małżeństwem, który zdobyło Dach Świata. To był 1990 rok, a cztery lata wcześniej stanęliśmy wspólnie na Broad Peaku. Marija była wtedy pierwszą Słowenką, która przekroczyła magiczną liczbę ośmiu tysięcy.
Dziś w Lądku również jesteście razem. Jaka jest recepta na udany związek w bądź co bądź trudnej relacji – przerywanej kolejnymi wyprawami, obawami o zdrowie, a nawet życie drugiej osoby?
Myślę, że kluczem do sukcesu jest wzajemne zrozumienie i szacunek. Kiedy ja wyjeżdżałem, ona dbała o dom, opiekowała się dziećmi. Przyznaję: najtrudniejsze swoje przejścia robiłem w górach bez żony. Może to działo się trochę podświadomie... Bo łatwiej było mi mówić, by się o mnie nie martwiła. Ale bywały również takie momenty, kiedy sytuacja się odwracała i to ja zostawałem w domu, a ona wyjeżdżała. Dopiero wtedy w pełni mogłem zrozumieć, jak ciężką, a właściwie pełnoetatową pracą jest prowadzenie domu. Do tego dochodzą obawy o drugą połówkę, pytania o kolejne wyjścia, przebieg aklimatyzacji, warunki pogodowe. Ale myślę, że dzięki takiemu podziałowi obowiązków byliśmy w stanie wzajemnie się rozumieć i wspierać.
Marija pochodzi z wielodzietnej rodziny. Zawsze mieliście jakieś ręce do pomocy przy swoich dzieciach?
Dokładnie tak. Moja żona ma dziewięcioro rodzeństwa. Z naszymi dziećmi najczęściej zostawała jej najstarsza siostra, starsza od Mariji o 11 lat. Z kolei nasze trzecie dziecko pojawiło się na świecie, gdy najstarsze dochodziło do pełnoletniości. Dzięki temu w domu ciągle był ktoś, komu można było powierzyć najmłodszego.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”
 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też