Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Z górskich stron |

„Wspaniała kupa kamieni”

NPM 3/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Karolina Smyk
Tak pisał o Matterhornie Gaston Rébuffat w książce „Gwiazdy i burze”, a dla Daniela Ankera, redaktora imponującej, jubileuszowej monografii, jest to po prostu góra gór. Określenie zarezerwowane początkowo dla K2, przejęte przez miłośników Everestu, teraz przylgnęło do Matterhornu. I rzeczywiście, niczego nie ujmując ośmiotysięcznikom, ten wybitny granitowy obelisk zasługuje na to miano.  

Ponad 20-osobowe grono ekspertów prześwietliło rozmaite wątki, w tym dzieje eksploracji i zdobywania poszczególnych fragmentów masywu, na który składają się dwa wierzchołki szczytu głównego: włoski i szwajcarski, dwa (także czterotysięczne) wierzchołki boczne, cztery granie i cztery ściany, eksponując wejścia przełomowe, jubileuszowe, kobiece.  Bieżącą sytuację i kondycję Matterhornu nakreślono w wielu kontekstach  (góra jako dom, spacerownik, arena sportowych zmagań, miejsce bicia rekordów i tak dalej), prognozując przyszłość, która przynajmniej pod względem geologicznym zapowiada się niepewnie. Opisano dzieje przewodnictwa i ratownictwa, głośną wojnę o budowę kolejki górskiej, schroniskową infrastrukturę. Zastosowano bardzo urozmaiconą formę: obok szkiców historycznych znajdziemy wywiady, reportaże, rekonstrukcje przeplatane portretami co ważniejszych person.
Szata ilustracyjna zachwyca różnorodnością i obfitością. Świetnej jakości zdjęcia współczesne przeplatają się z archiwalnymi, rysunki, szkice z dawnych wydań książkowych miksują się z ilustracjami prasowymi, okładkami czasopism i książek, plakatami turystycznymi. Znajdziemy tu ponadto mapy i schematy dróg. Matterhorn to obecnie eklektyczna mieszanka tematów i skojarzeń, od wzniosłych, skupionych wokół góry-symbolu dla alpinistów i ludzi kultury, po reklamowy kicz. I chociaż jego wizerunek, obsługując niezwykle szeroki asortyment produktów i usług, spowszedniał, a góra doczekała się ponad 200 kopii, znudzenie i tak nie wchodzi w grę. Nawet to, że w każdym sezonie stają na szczycie trzy tysiące osób, nie zmieni prostej prawdy – Matterhorn jest wyjątkowy i jedyny, dlatego taka publikacja po prostu mu się należała.
 
Daniel Anker (red.), „Matterhorn. Góra gór”, Stapis, Katowice 2017.
Cena: 79,99 zł

Nasza ocena: koniecznie!

---

Chciał być najlepszy
 
Właśnie trafiła do księgarni nagrodzona w 2014 roku na festiwalu w Banff książka, która jest poniekąd biografią alpinisty Alexa MacIntyre’a. Jej tytuł nawiązuje do upamiętniającego Alexa epitafium: „Lepiej przeżyć jeden dzień jak tygrys, niż żyć tysiąc lat jak owca”, umieszczonego pod południową ścianą Annapurny. To tam, w wieku 28 lat i po dekadzie górskiej aktywności, stracił życie od uderzenia kamieniem. Zanim jednak do tego doszło, był pomysłodawcą ponadprzeciętnych górskich projektów, które Wojtek Kurtyka opisał jako „zrywające z tradycją”. Ogarnięty obsesją czystości przejścia i trudności drogi forsował styl lekki w górach wysokich, doprowadzając ideę do skrajności. Snujący wspomnienia Porter był kolegą i partnerem wspinaczkowym Alexa.
Pozwalając mówić rodzinie, kobietom i przyjaciołom MacIntyre’a, tworzy portret alpinisty, rokrocznie odhaczającego kolejne punkty z alpejskiej, a potem himalajskiej „listy przebojów”, dla którego najważniejsze zasady wspinania zamykały się w triadzie: porządna aklimatyzacja, lekki plecak i dobry zespół.
To także portret człowieka, nie herosa, który wszakże próbował „zarządzać ryzykiem”, ale to nie uchroniło go przed popełnianiem błędów, nie uwolniło od strachu. Równie ważna jest tu opowieść o brytyjskim środowisku wspinaczkowym, żyjącej w prowizorce bandzie „zuchwalców”, „piratów”, „romantycznych anarchistów”, którzy udowadniali sponsorowanym „zawodowcom”, że można inaczej.
Z polskiego światka i PRL-owskiej rzeczywistości, w których interpretacji autor idzie tropem Bernadette McDonald, najczęściej przywoływani są Kurtyka i Zawada. Pierwszy ze względu na wspinaczkową klasę, która inspirowała Alexa, a drugi – osobowość i styl bycia, który zauroczył Portera. Narracja, ukierunkowana na przybliżenie osobowości człowieka, którego życiem rządziła pasja, urozmaicona jest pisarskimi próbkami Alexa, historycznymi miniesejami, anegdotycznymi opowiastkami i rozdziałami niemalże sprawozdawczymi. Zauważalną niejednorodność stylu wyjaśnia to, że z materią tekstu zmagało się aż troje tłumaczy. Książka zaliczyła falstart na polskim rynku, ale i tak chwała wydawcy za udostępnienie czytelnikom ważnej i przede wszystkim aktualnej pozycji.
 
John Porter, „Przeżyć dzień jak tygrys. Alex MacIntyre i narodziny stylu alpejskiego w Himalajach”, Annapurna, Warszawa 2016.
Cena: 44,90 zł
 
Nasza ocena: koniecznie!

----
 
„A z dołu góra w oknie się nie mieści”
 
Choć MacIntyre, Porter i inni „piraci” wspinali się i imprezowali przy muzyce Led Zeppelinów, Beatlesów, Blondie, Queen i podobnych grup, czego dowodzą tytuły rozdziałów powyższej książki, czyta się ją lepiej przy wtórze delikatniejszej materii dźwiękowej. Płyta, o której mowa, należy do nurtu piosenki turystycznej, a może nawet bardziej poezji śpiewanej. Oczywiście mamy do czynienia z zupełnie odmienną energią muzyczną niż ta, którą żywili się brytyjscy wspinacze, za to ładunek emocji i wrażeń jest w niej równie wiarygodny i autentyczny, choć nieporównanie skromniejszy. Śpiewającemu Dominikowi Księskiemu, „wielbicielowi wędrówek po mało uczęszczanych górskich grzbietach”, a przy okazji także wydawcy i dziennikarzowi, towarzyszy akompaniament gitary, głos siostry i śpiew chóru.
Większość z siedemnastu poetyckich tekstów jest autorstwa Księskiego, dwa poznańskiego profesora Radosława Okulicz-Kozaryna, są też przekłady rosyjskich bardów Jurija Kukina i Jurija Wizbora oraz znana skądinąd, a tu w nowej aranżacji, „Panno Beskidzka” Piotra Szuckiego. To ballady o wspinaczce, włóczędze, podróżowaniu. Czasem góry są tylko tłem, obrazkiem z przeszłości budzącym nostalgię, wspomnienia przeżyć i uczuć, tęsknotę za wolnością i swobodą.  Piosenka turystyczna ma to do siebie, że wymaga uczestnictwa i zaangażowania, dlatego najlepiej poznawać ją na żywo, czy to przy ognisku, czy podczas wędrówki. Piosenki poetyckie Księskiego są za to idealne na kameralny koncert na przykład w schronisku górskim. Łatwe w odbiorze w warstwie muzycznej, stawiają wymagania w warstwie słownej. Nie są to teksty lekkie i przyjemne, trzeba się nad nimi pochylić, skłaniają do zadumy i refleksji. Utwory są na tyle trudne w formie, że nadają się raczej do słuchania, ich śpiewanie w grupie znajomych odpada.
 
Śpiewa i gra na gitarze Dominik Księski, „Tylko tu”, Wydawnictwo Wulkan, Żnin 2016.
Cena: 19 zł

Nasza ocena: warto.


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też