Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Apeniny

Włoski Giewont

NPM 7/2016
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Agnieszka Muzińska
Ostatnie podejście na Corno alle Scale wiedzie emocjonującą krawędzią grani (fot. Agnieszka Muzińska)
Wiedziałam, że wyjazd do Toskanii będzie wspaniałą przygodą. Oczyma wyobraźni widziałam włoskie miasteczka w miękkim popołudniowym świetle, soczyście zielone winnice w regionie Chianti i cyprysowe aleje jak wyciągnięte wprost z pocztówek. Dodatkową radością napełniały mnie odwiedziny u koleżanki ze studiów, mieszkającej z mężem we Florencji. Byłam pewna, że spotkanie z Kasią, miłośniczką tatrzańskich szlaków, zaowocuje wycieczkami w okoliczne góry. 

Kasia zabrała mnie najpierw na kilka krótkich wypadów w okolice Florencji. Potem udało mi się dotrzeć autostopem do Sieny szlakiem winnic Chianti, zahaczając o Las św. Agnieszki, którego nie mogłam ominąć, oraz przepiękne miasto średniowiecznych wież – San Gimignano. Kiedy miałam już za sobą kilka butelek wybornego toskańskiego wina i sporo wspaniałych włoskich lodów, przyszła kolej na długo wyczekiwaną wycieczkę w poważniejsze góry. Do ostatniej chwili nie mogłyśmy zdecydować, gdzie się wybierzemy. Kasia, przeglądając mapy dalszej okolicy, znalazła Park Krajobrazowy Corno alle Scale, który znajdował się w zasięgu jednodniowej wycieczki. Również nazwa pasma zachęcała do eksploracji, bo Corno alle Scale w dosłownym tłumaczeniu znaczy „róg na schodach”. Moja koleżanka zwykle świetnie typuje miejsca na nowe wyprawy, więc natychmiast podchwyciłam pomysł. Szybko opracowałyśmy dojazd i trasę wycieczki. Naszym głównym celem został szczyt Corno alle Scale (1994 m n.p.m.), który z racji swego wyglądu i krzyża postawionego na jego wierzchołku nazwałyśmy na potrzeby tej wycieczki włoskim Giewontem.

Wszystko na czerwono
Florencję od Pracchi, skąd miałyśmy wystartować, dzieli niecałe półtorej godziny podróży pociągiem. W związku z tym naszą wyprawę trzeba było zacząć pobudką o 4 rano, jak na poważne góry przystało. Kasia przyrządziła nam nawet spaghetti na atak szczytowy, więc wszystko było zapięte na ostatni guzik. Z takim przygotowaniem mogłyśmy śmiało ruszać w drogę. W Pracchi jesteśmy już o 6.30. Miasteczko wygląda, jakby było na wpół zaspane i opuszczone. Szlak początkowo prowadzi przez wąskie uliczki, czasem puste podwórka, a po drodze ani żywej duszy, co zaczyna nieco wzbudzać nasz niepokój. Jednak gdy tylko wchodzimy do lasu, zupełnie zapominamy o tajemniczo opustoszałej miejscowości.
Pierwsza część naszej trasy prowadzi przez wiosenne buczyny, klimatem przypominające Bieszczady. Soczysta zieleń dokoła zachwyca na każdym kroku, ale lepiej nie tracić czujności. We Włoszech wszystkie szlaki są oznaczone na czerwono. Jak łatwo się domyślić, nie pomaga to w wędrówce, zwłaszcza gdy szlaki się krzyżują. Oczywiście trasy są ponumerowane, ale niewielkie to uproszczenie, kiedy numery na mapie zaczynają różnić się od numerów na znakach przy drodze. Na szczęście ukształtowanie terenu sprawia, że odnalezienie drogi nie wymaga nadludzkich umiejętności, a jedynie trochę doświadczenia w poruszaniu się po terenach górskich.

Świstaki zamiast muflonów
Pierwszych turystów spotykamy dopiero po wyjściu ponad granicę lasu. Wówczas naszym oczom ukazują się fantastyczne i rozległe widoki na tę część Apeninów. Ta partia gór zaczyna przywodzić na myśl tatrzańskie hale. Z daleka widzimy już cel naszej wędrówki, czyli włoski Giewont w całej swej okazałości. I gdy myślimy, że szybko dotrzemy do celu, nieoczekiwanie zatrzymują nas… świstaki.
 
(…)
 
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też