Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Witajcie w naszej bajce

NPM 4/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Katarzyna Bieńkowska
(fot. Katarzyna Bieńkowska )
Perspektywa wypadu w góry we dwójkę sama w sobie jest w naszym przypadku nietypowa i przyznam szczerze… kusząca. Chyba każdy rodzic się ze mną zgodzi, że wędrówki z dzieciakami są świetne, ale taki wypad tylko z drugą połówką sprawia, że nawet niepozorna Śnieżnica wydaje się wyjątkowo atrakcyjna.

Zaangażowani dziadkowie i doskonałe warunki śniegowe, które w tym roku po prostu rozpieszczają to najlepsza okazja, by sobotę spędzić na przedzieraniu się przez zaśnieżony szlak. Tym razem wybór padł na Śnieżnicę, liczącą 1006 metrów n.p.m., która składa się z trzech wierzchołków o bardzo zbliżonej wysokości. Główny z nich zwany jest Na Budaszowie. Dwa nieco niższe to Wierchy i Nad Stambrukiem. Sama Śnieżnica to ósmy, co do wysokości szczyt w Beskidzie Wyspowym. Ten, jak sama nazwa wskazuje, charakteryzuje się ciekawym ułożeniem poszczególnych szczytów – nie w pasmo, a w pojedyncze, niczym osamotnione wyspy, szczyty. Wygląda to imponująco. Zapewne dlatego mało popularny Wyspowy jest moim ulubionym z Beskidów. Widok ten urzekł mnie od pierwszej wycieczki i skradł me serce po dziś.

Kiedy plecak nie śpiewa
Skoro świt wrzucamy najpotrzebniejsze rzeczy do auta i jeszcze pod osłoną odchodzącej już nocy mkniemy zakopianką. Dzięki wczesnej porze i mroźnej pogodzie, ruch na drodze jest na tyle spokojny, że dość szybko pokonujemy trasę 60 kilometrów.
Parkujemy na Przełęczy Gruszowiec (660 m n.p.m.), przez którą przebiega droga z Mszany Dolnej do Limanowej i Nowego Sącza. Miejsce jest piękne, ale z racji swojej historii przygnębiające. Podczas drugiej wojny światowej na tych terenach prężnie działały oddziały partyzantów Armii Krajowej, które przygotowywały zasadzki na niemieckie transporty. Niestety, w wyniku odwetu 1 września 1944 roku, hitlerowcy zamordowali mieszkańców okolicznych wiosek, paląc jednocześnie ich domy. Na cześć ofiar postawiono w tym miejscu obelisk z ich nazwiskami. Ze względu na szacunek dla naszych przodków, warto o tym pamiętać i choć na chwilę zatrzymać się.
Zostawiamy samochód na parkingu przed barem o łatwej do zapamiętania nazwie „Pod Cyckiem” i po szybkiej, najpyszniejszej kawie z widokiem na otwierający się przed nami horyzont wentylujemy płuca głębokimi wdechami. Świeże, rześkie powietrze smakuje cudownie. Tym bardziej, że w Krakowie o tej porze roku, wiadomo… zbyt rześko i świeżo to raczej nie jest.
– Czy tobie też jest dziwnie być tu tylko we dwoje? – podpytuję Maćka, zakładającego stuptuty.
– Czy ja wiem? Zamiast nosidła mam lekki plecak, który się nie wierci i nie śpiewa mi do ucha „idziemy na jagody”. Czy mi dziwnie? Nie powiedziałbym. Po prostu jest inaczej – odpowiada.
Po szybkiej analizie wypowiedzianych przez Maćka słów przyznaję mu rację. Określenie „inaczej” jest bardziej adekwatne do sytuacji i w mgnieniu oka pozbywam się poczucia matczynych wyrzutów sumienia. I przyznam, że plecak jest znacznie lżejszy, gdy nie ma w nim dodatkowych par spodni, bluz, przekąsek służących jako motywacyjna marchewka, kilku niezbędnych samochodzików, dwóch obowiązkowych misiów, które wędrują z nami i masy niezbędnych rzeczy, bez których żadna wycieczka odbyć się nie może. Ma to swój urok i coś, czego zapewne kiedyś mi zabraknie, ale póki co, egoistycznie cieszę się z bycia tu tylko we dwoje. Przecież absolutnie nic nie stoi na przeszkodzie, by wrócić tu w komplecie.
Ruszamy więc z Przełęczy Gruszowiec, która rozdziela Śnieżnicę i dużo bardziej stromy Ćwilin (1072 m n.p.m.), na który z pewnością się wybierzemy. Kto wie, może nawet za tydzień. Ponoć niesamowite są z niego widoki! Warto to sprawdzić i przekonać się na własne oczy. Dziś, ze względu na respekt do matki natury, wybieramy opcję znacznie łagodniejszą i spokojniejszą.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”