Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Świat | Mała Fatra

Wielkie szczyty w małym paśmie

NPM 8/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Tomasz Habdas
(fot. Tomasz Habdas )
Kiedyś ktoś ewidentnie próbował coś nadrobić i w Małej Fatrze najważniejsze szczyty ponazywał Wielkimi. Dlatego turyści jadący w ten rejon, ruszają przede wszystkim na te najbardziej dostojne – Wielki Krywań albo Wielki Rozsutec. Ale jest jeszcze jeden, który niepotrzebnie chowa się skromnie za klasykami – to Wielka Łąka (Veľká lúka).

Śmiało mogę stwierdzić, że zaraz po słowackiej części Tatr, Mała Fatra jest najczęściej odwiedzanym przez Polaków pasmem górskim u naszych południowych sąsiadów. Nie bez powodu też nazywana jest często Tatrami w miniaturze, a jej różnorodność i piękno zachwycają o każdej porze roku. Bardzo dobrze pamiętam, jak będąc w podstawówce, w trakcie wycieczki z rodzicami na Wielką Raczę w Beskidzie Żywieckim, po raz pierwszy zobaczyłem w oddali Wielkiego Rozsutca (słow. Veľký Rozsutec, 1610 m n.p.m.). Wysoki, masywny i postrzępiony szczyt zrobił na mnie ogromne wrażenie. Kilka lat później, gdy pierwszy raz postawiłem swoją stopę na stokach Wielkiego Krywania (Veľký Kriváň, 1709 m n.p.m.), stwierdziłem, że Mała Fatra wygląda tak, jakby ktoś skopiował Babią Górę i postawił jedną obok drugiej. To wszystko złożyło się na to, że w tę część Słowacji jeżdżę często.
Gdy uznałem, że północno-wschodnią partię poznałem w satysfakcjonującym stopniu, postanowiłem zobaczyć, co czeka mnie po drugiej stronie rzeki Wag, w tak zwanej Luczańskiej Małej Fatrze (Lúčanská Fatra). Jako główny cel wycieczki obrałem sobie najwyższy punkt w tej części. Veľká lúka mierzy 1476 metrów n.p.m., a dosłownie przetłumaczona nazwa szczytu brzmi Wielka Łąka, choć w zasadzie określenie to nie bardzo pasuje do tej góry. Lepsze byłoby: Wielka Kosodrzewina, ale o tym później.
Przeżyć asfalt, a potem już... pod górkę
Startuję z niewielkiej wsi Turie. To tutaj swój początek ma żółty szlak, który wyprowadzi mnie na pierwszy tego dnia szczyt – Mincol (Minčol, 1364 m n.p.m.). Zgodnie z powiedzeniem „złe dobrego początki”, zawsze początkowy odcinek trasy biorę trochę na przetrwanie, powtarzając sobie, że najgorszy etap wędrówki to podchodzenie do szlaku właściwego. Nie inaczej jest teraz. Może Turie jest i urokliwą górską wioską, ale kluczenie pomiędzy domami w poszukiwaniu szlaku to nie to, po co jedzie się w góry. Kiedy zostawiam za sobą ostatni dom i uśmiech powoli wraca, okazuje się, że... szlak prowadzi dalej asfaltem, ospale pnąc się w górę.
Na szczęście choć jedno jest tak, jak powinno być – na szlaku nie ma nikogo (może to mieć coś wspólnego z wtorkiem poza sezonem), za to tylko w ciągu pierwszej godziny spotykam kilka saren i jeleni, które na mój widok uciekają w popłochu do lasu. Staram się nie brać tego personalnie i tłumaczę sobie, że po prostu nie przywykły do takich spotkań.
Mimo wszystko po czterech kilometrach zaczynam przeklinać asfalt. Od razu w głowie staje mi droga do Morskiego Oka, która zdecydowanie nie należy do moich ulubionych. Dodatkowym minusem jest niewielkie nachylenie trasy. Kilometry przybywają, ale niekoniecznie wysokość. Wreszcie, po ponad godzinie drogi, moje prośby zostają wysłuchane. Szlak skręca w las i dalej wiedzie wąską leśną ścieżką. W trakcie betonowego, sześciokilometrowego odcinka pokonałem niecałe 400 metrów wzniesienia. Do Mincola brakuje mi jeszcze ponad 500.
Na szczęście w ciągu następnego kilometra przybywa mi 200 metrów wysokości. Odczuwam to w przyspieszonym oddechu i ilości potu, który nagle zaczął pojawiać się na moich plecach. A wszystko dlatego, że od kiedy opuściłem asfaltową drogę, trasa zmienia się diametralnie. Dużo większe nachylenie, leśne podłoże i wreszcie, pierwsze panoramy i widoki na pobliską okolicę –w głębi ducha wiem, że to i tak dopiero przedsmak tego, co czeka mnie na grzbiecie.
(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też