Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Korona krajów bałtyckich

Wielkie małe szczyty

NPM 10/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Anna i Wiktor Jesionkowie
(fot. Anna i Wiktor Jesionkowie)
Suur Munamägi, Gaiziņkalns i Aukštojas – mimo że wyrastają na wysokość oscylującą wokół ledwo 300 metrów n.p.m. i nie przewyższają kaszubskiej Wieżycy, znane są zarówno wśród kolekcjonerów najwyższych szczytów, jak i wysokogórskich zdobywców. W końcu to klejnoty w Koronie Europy!

Korona Europy – brzmi dumnie i dostojnie. Tak dostojnie, że nam, jako wysokogórskim laikom, nie przyszło wcześniej do głowy, by podjąć się wejścia na najwyższe szczyty ponad 40 państw Starego Kontynentu. Zwłaszcza, że spośród nich na koncie mieliśmy tylko Rysy. Gdy jednak przyjrzeć się bliżej spisowi wzniesień stanowiących Koronę Europy, można zauważyć, że jej zdobycie wcale nie jest takie nieosiągalne, jak mogłoby się wydawać. Prawdziwe „górskie” wyzwania stanowią zaledwie część rankingu, a mniej więcej jedna trzecia szczytów jest dostępna nawet dla niewprawionego turysty. Chociaż w zależności od przyjętych kryteriów lista koronnych wierzchołków różni się co sposobu jej kształtowania, jak również ich liczby, to w przypadku państw bałtyckich nie ma wątpliwości: w całości leżą na Starym Kontynencie i nikt nie kwestionuje ich niepodległości. Nie ma tu żadnych „ale”. Wystarczy wejść.
Cóż więc zrobić, gdy taki szczyt nadarza się niejako… po drodze? Żal nie skorzystać z okazji! Z tego powodu, przemierzając jesienią Estonię i Łotwę podczas kilkumiesięcznej pieszej wędrówki z najdalszej północy Europy do Gdańska, nadłożyliśmy kilkaset metrów w płaszczyźnie wertykalnej. Litewski wierzchołek dodaliśmy do naszej kolekcji nieco później.

Góra Wielkiego Jaja
W estońskim mieście Sillamäe stawiamy stopy na brzegu Bałtyku: 0 metrów n.p.m. Tu rozpoczynamy nasze zdobywanie góry od zera: krok po kroku, metr po metrze. Choć granicę z Rosją przekroczyliśmy dwa dni temu, na ulicach słychać wciąż język rosyjski. O tym, że jesteśmy jednak w Unii Europejskiej, przypominają nam wszechobecne flagi i sami mieszkańcy. Spotykamy Annę i Rusłana, którzy wyjaśniają, że rosyjski to język ich rodziców, choć oni sami u sąsiadów nigdy nie byli. Wybrali się za to na „euro trip” do Niemiec. Estońskiego dopiero się uczą.
– Suur Munamägi? To Góra Wielkiego Jaja – tłumaczą jednak bezbłędnie znaczenie trudnej do wymówienia nazwy najwyższego estońskiego szczytu, który czeka na nas 250 kilometrów dalej na południe.
Wędrówka przez Estonię jest przyjemna. Nie ma tu dużego ruchu samochodowego. Niewielkie spokojne wsie, schowane wśród łąk i lasów, są bardzo zadbane. Ponad nizinne pejzaże wyrastają czasami nieduże pagórki, które Estończycy zagospodarowują w sobie właściwy sposób, stawiając na nich wieże widokowe. Ponoć jest ich tak dużo, że można z nich ujrzeć cały kraj.
Naszym gustom bliższy jest jednak inny estoński zwyczaj: upodobanie do huśtawek. Każda szanująca się wioska musi mieć własną. Nie taką objazdową, z czeskiego lunaparku, ale estońską, czyli zbudowaną z ciężkich, masywnych bali, mieszczącą naraz kilka osób. Tradycja! Na pagórku, na który wchodzimy po niecałym tygodniu wędrówki, tuż obok wieży stoi właśnie taka potężna huśtawka. Wchodzimy na nią we dwoje, a miejsca starczyłoby jeszcze dla dwóch par. Podoba nam się takie przypieczętowanie zdobycia szczytu, nawet jeśli to tylko niewielki garb wśród pól: powoli, potem szybciej, coraz szybciej… Nogi do siebie, nogi od siebie, wymach w przód, wymach w tył… Góra, dół, góra…
– Gdyby tak u nas, w Polsce, budować huśtawki na szczytach! – marzymy przez chwilę.
W całej Estonii mieszka mniej ludzi niż w Warszawie, z czego prawie jedna trzecia w samej stolicy. Całe kilometry można przewędrować, nie spotykając nikogo. Tak jest właśnie w południowo-wschodniej części kraju. Kręta leśna droga prowadzi nas przez pełne pagórków lasy, jakby chciała wyszeptać: „nie mylicie się, wszędzie stąd daleko”. Trochę tu jak w Bieszczadach, bo kraina ta też schowała się gdzieś na uboczu, też jest dzika i otoczona legendami. Trochę też tu jak na Podlasiu, bo wieść gminna niesie, że to właśnie skryci w tych lasach domorośli mistrzowie pędzą najlepszy samogon w Estonii.
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Estonia

Zobacz też