Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Apeniny

Wielki róg Duce

NPM 5/2011
Numer wyprzedany
Autor:
Michał Parwa
Niezapomniana panorama z Campo Imperatore w stronę L’Aquili (fot. Michał Parwa)
Istnieje pasmo, które z powodzeniem może zastąpić Tatry. Pozbawione tłoku, z przewidywalną pogodą, masą szlaków i dróg wspinaczkowych. Podobne szczyty, podobne drogi, tylko skała i klimat nieco inne. Na wyjazd też nie trzeba się zbytnio przygotowywać. To park narodowy Gran Sasso e Monti della Laga. A jeszcze prościej – Apeniny Środkowe.

W Tatrach bywam co roku, przynajmniej kilka razy. Wracam, wyjeżdżam i zawsze tęsknię. Ta nietypowa miłość liczy już kilkanaście lat. Niestety, jak w każdym związku, w końcu musiało zazgrzytać. Wytykanie palcami i fotografowanie człowieka idącego do Moka ze śpiworem na plecach przestało mnie bawić. Daleko mi do yeti, traperów czy innych górskich osobliwości, za które brała mnie masa płynąca z Palenicy. Dlatego od dłuższego czasu coraz częściej rozglądałem się za alternatywą. Czymś, co jest podobne, ale uwodzi w zupełnie w inny sposób. Przez przypadek trafiłem na „Góry Europy” – stare opracowanie czeskiego pochodzenia. Jak się okazało, nie trzeba szukać daleko, bo poniżej Alp jest jeszcze coś wysokiego, po czym da się chodzić. Apeniny to była miłość od pierwszego wejrzenia. I wystarczyło do tego kilka zdjęć w albumie.

Buongiorno Appennini
Przez zdrowy rozsądek jedziemy we dwójkę. Mały zespół atakujący zawsze gwarantuje większą mobilność. Poza tym Andrzej jedzie jako przyzwoitka, żebym do reszty nie stracił głowy i kiedyś wrócił w Tatry. Dzięki tanim liniom lotniczym odległość między Krakowem i Rzymem załatwiamy w niecałe dwie godziny.
W Wiecznym Mieście spędzamy tylko noc. Nazajutrz odwiedzamy składnicę harcerską i z zapasem kartuszy do kuchenki wyruszamy do L’Aquili. Krótka podróż autobusem wystarczy, żeby przywitać się z Apeninami. Ciągną się od Zatoki Genueńskiej, gdzie prawie stykają się z Alpami, aż po Cieśninę Mesyńską. W sumie ponad 1200 kilometrów. Do tego za ich kontynuację uważa się także wszystkie góry sycylijskie z Etną (3340 m n.p.m.) na czele. Przy bliższym spojrzeniu okazuje się, że ten wielki napięty łuk dzieli się na kilka małych jednostek. A tzw. Apenin Centralny, z zamkniętą grupą Gran Sasso, do której zmierzamy, należy do najbardziej dzikich i oficjalnie najwyższych w całym paśmie.
Jak najszybciej chcemy założyć obóz pierwszy. Mimo że to huczna nazwa jak na pole biwakowe, od razu po przyjeździe do L’Aquili przesiadamy się do busa jadącego do Fonte Cerreto. Ze względu na niedawne trzęsienie ziemi lokalne władze zadecydowały o darmowych przejazdach komunikacją zbiorową w całym regionie. Gratisowa podróż kończy się na miniaturowym końcu świata. A przynajmniej na czymś, co wygląda na skarlałą wersję Starego Smokowca. Wąska ulica, dziesięć budynków plus nasze miejsce pod namiot.
– I już mi się podoba, przynajmniej nikt zdjęć nie robi – od razu przychodzi mi do głowy pierwsza myśl.
Jakieś tysiąc metrów nad nami, w chmurach chowają się pierwsze szczyty – Monte Portella (2385 m n.p.m.) i Pizzo Cefalone (2533 m n.p.m.). Niemal pod stopami kończą się za to lokalne pagórki na czele z Monte Cristo (1928 m n.p.m.), który do złudzenia przypomina rodzimą Tarnicę.

Nieznajomi w Tybecie
Urlopu wystarczyło na siedem dni, więc o poranku ruszamy w góry. Pierwszy dzień w terenie i od razu do głosu dochodzi lenistwo. Przed nami walka z ciężkimi plecakami i tysiącem metrów przewyższenia na śniadanie.
– Ale od czego jest kolejka górska? – zauważa kolega.
Problem polega na tym, że ta akurat jest w remoncie. Stosujemy zatem prostą zasadę – „nie masz kolejki, znajdź Włocha”. Szybko łapiemy stopa i zaczynamy podjazd na rozległy płaskowyż Campo Imperatore. Życzliwa familia z Rzymu dopiero na hasło „Boniek” geolokalizuje w swoich myślach kraj o nazwie Polonia. Opowiadają nam o tym, co widać z wąskich serpentyn, i o samej nazwie okolicy. Jak się okazuje, nie jest przypadkowa. Właśnie tu przetrzymywano niegdyś Benita Mussoliniego.
Na końcu drogi krajobraz zmienia się całkowicie. Wysokościomierz pokazuje 2000 m n.p.m. Dookoła łąka po horyzont, kilka krów i wszędobylskie konie. Nie bez powodu miejscowi nazywają to miejsce włoskim Tybetem. Dobre wrażenie psują tylko parking, hotel i obserwatorium astronomiczne. Od Rifugio Duca degli Abruzzi, pierwszego schroniska na naszej drodze, dzieli nas godzina marszu po żwirze. Trasa łatwa, lekka i przyjemna. Jest rodzina z psem i staruszek z radiem zawieszonym na piersi. Ruch niewielki jak na pogodny weekend.
Jak się okazuje, w schronisku akceptują zniżki Alpenverein. Ale 20 euro za pryczę i tak trzeba przełknąć. Z łamanej angielszczyzny dowiadujemy się, że jesteśmy kolejno dwunastym i trzynastym Polakiem w pamięci właścicieli. Ciężko nam w to uwierzyć, ale kiedy rezerwujmy telefonicznie miejsca w kolejnych obiektach, i tak zyskujemy kryptonim „strangers”.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też