Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Wyspy Owcze

Wichura u wikingów

NPM 2/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Łukasz Długowski
Północna część Wysp Owczych powala swoim pięknem (fot. Łukasz Długowski)
Ponad 1200 lat temu niewielkie łódki wikingów wpłynęły na brzeg wyspy leżącej na północnym Atlantyku. Padał deszcz, woda w morzu była lodowata i jak okiem sięgnąć nie rosło ani jedno drzewo. Ani warunki, ani krajobraz do gościnnych nie należały. Ale wikingom niespecjalnie to przeszkadzało.

Uciekając przed okrutnymi rządami norweskiego króla Olafa, osiedlili się na wyspach, stając się ich pierwszymi mieszkańcami. Przynajmniej w taką wersję historii lubią wierzyć Farerowie, jak współcześnie określa się mieszkańców Wysp Owczych. Nad brzegiem, na który wikingowie prawdopodobnie wyciągali swoje łódki, dziś leży Tórshavn, stolica Wysp Owczych, malutkiego państwa leżącego na przecięciu szlaków z Norwegii do Islandii. Archipelag składający się z 18 wysp zajmuje dziesięciokrotnie mniejszą powierzchnię niż Warszawa. Kraj podległy królestwu Danii słynie z tego, że zamieszkuje go dwa razy tyle owiec, co ludzi (w stosunku 96 tysięcy do 48 tysięcy), reprezentacja w piłkę nożną regularnie przegrywa wszystkie mecze, a góry ma tak piękne, że tylko przed nimi klękać.

Tórshavn – Kirkjubøur
Tórshavn, obecnie najgęściej zaludnione miasto i centrum życia archipelagu, przez wiele lat miało dużo mniejsze znaczenie. Początkowo o wiele ważniejsze było Kirkjubøur, które dzieli od stolicy niecałe 15 kilometrów. Teraz ten dystans można pokonać bezpłatnym autobusem (w powiecie Tórshavn komunikacja miejska jest darmowa) albo samochodem w kilkanaście minut. Ale przez kilkaset lat ludzie musieli pokonywać tę odległość pieszo. Żeby skrócić sobie drogę, szli przez góry. Szlakiem, którym wędrowali wikingowie, dziś wiedzie turystyczna trasa z Tórshavn do Kirkjubøur, dająca przedsmak tego, co wyspy mają do zaoferowania. Wycieczka, mimo że pokonuje się podczas niej około 300 metrów przewyższeń, ma charakter spacerowy, pozbawiona jest ekspozycji i nadaje się na przechadzkę z dziećmi. Aby trafić na początek szlaku, wystarczy wyjść z miasta, kierując się ku asfaltowej drodze na Kirkjubøur. Kiedy budynki zaczną się przerzedzać, a po lewej wyrośnie strome wzgórze z polami i czerwoną farmą u podnóża, trzeba zacząć szukać oznaczonej trasy. Kilkadziesiąt metrów przed przystankiem autobusowym, po lewej stronie drogi znajduje się niewielka zatoczka i dwie duże tablice informacyjne, które wyznaczają początek szlaku.

Nic – tylko klękać
Farerowie zwykli mówić, że prognoza pogody obejmująca więcej czasu niż najbliższy kwadrans jest nieprawdziwa. Warunki na Wyspach Owczych potrafią zmienić się w mgnieniu oka. Słoneczny letni dzień nagle staje się zimową zawieruchą, a wiosenny wietrzyk – potężną wichurą. Pytanie, czy będzie wiać i padać, jest całkowicie pozbawione sensu. Na pewno będzie wiać i padać. Pytanie tylko, kiedy i jak mocno? Z tego względu nawet na tak łatwą przechadzkę jak ta, bez ciepłego ubrania i kompletu nieprzemakalnej odzieży nie warto wychodzić.
Pierwszy etap szlaku wiedzie pomiędzy łąkami, na których pasą się wszechobecne na wyspach owce. Wystarczy kierować się prosto w kierunku wzgórza i kilkadziesiąt metrów za czerwoną farmą docieram do uliczki (100 m n.p.m.), która jest właściwym punktem startowym trasy. Chociaż ze stoku spływa mnóstwo strumyków, a każdy żłobie coś na kształt ścieżki, którą można pójść, orientacja nie jest trudna. Trasa jest znaczona w stary nordycki sposób – kopczykami kamiennymi oddalonymi od siebie o kilkanaście czy kilkadziesiąt metrów. Po krótkim podejściu wychodzę na spore wypłaszczenie terenu (180 m n.p.m.), z którego roztacza się piękna panorama na całą okolicę. Chwilę potem ścieżka dociera do Reynsmúlalág (220 m n.p.m.) – polany, która przez setki lat służyła jako ulubione miejsce spotkań okolicznych mieszkańców. Tutaj słuchali przemówień polityków, śpiewali patriotyczne pieśni, a czarodzieje czerpali swoje moce ze szczytu powyżej. Możliwe też, że siadywali na kamiennym fotelu, znajdującym się do dziś w centralnej części Reynsmúlalág.
Kiedy wylądowałem na Vagar, jedynym lotnisku na wyspach, byłem zawiedziony. Krajobraz, który przewijał się za oknem autobusu wiozącego mnie do stolicy, nie był specjalnie fascynujący. Te same kamieniste, porośnięte trawą wzgórza widziałem w Norwegii.
– Czym ludzie tak się tutaj zachwycają? – pytałem sam siebie.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Artykuły z pasma Islandia i Wyspy Owcze

Zobacz też