Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Beskid Niski

Wiatru w Beskidach dostatek

NPM 11/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Dębiec
Zejście czerwonym szlakiem z Grzywackiej Góry (567 m n.p.m.) do Kątów to jeden z najbardziej malowniczych odcinków na trasie (Fot. Tomasz Dębiec)
Mozaika. To słowo chyba najlepiej oddaje charakter północnej części Beskidu Niskiego. Uwielbiam te klimaty. Niby jest dziko, bo to w końcu Beskid Niski, ale wystarczy wyjrzeć z lasu, żeby krajobraz się ożywił. Na jeszcze licznie uprawianych tu polach często coś się dzieje. A to są żniwa, a to sianokosy albo wykopki. Pola i łąki układają się tu w szachownicę, której układ zaburzają gdzieniegdzie wsie oraz wyspy lasu. Taka właśnie jest okolica Grzywackiej Góry (567 m n.p.m.), która wznosi się kilkaset metrów nad wsią Kąty.

Wycieczka na Grzywacką może być zaledwie dwugodzinnym przerywnikiem w drodze w głąb Beskidu Niskiego, okolice Krempnej czy Polan, ale można też ułożyć tu sytą całodniową wędrówkę, podczas której to widokowe wzniesienie będzie jedną z atrakcji.

Nad dziećmi zapanować się nie da
Idealnym miejscem na start jest wielki parking przy kościele w Kątach. Nie sposób go przegapić, bo jest tuż przy drodze. Zresztą przykościelne parkingi to często najlepsze miejsca do tego, aby zostawiać samochód, kiedy wychodzimy w góry. Tak jest przynajmniej w przeważającej części naszych Beskidów.
Grzywacka Góra jest najczęściej celem wycieczek sama w sobie i niedzielni turyści, którzy tu zaglądają, rzadko zapuszczają się gdzieś dalej. Jeśli jednak mamy przełamać wewnętrzny opór do podejmowania nieco większego wysiłku, można się przyjrzeć ciekawej okolicy.
– Dzisiaj będę musiał jednak zachować się dokładnie jak niedzielni… – dochodzę do wniosku, patrząc na swoich kompanów, z którymi będę „zdobywał” Grzywacką. Właśnie z trzech samochodów wysypała się gromadnie moja rodzina – siostry, szwagier i całkiem spora liczba dzieci w różnym wieku.
Mój plan na jednodniową, tylko z nazwy, wycieczkę był taki, że jedno popołudnie przeznaczę na wędrówkę w familijnym tempie na Grzywacką Górę, a nazajutrz dam upust swojej ambicji górskiego znawcy i dokończę pętlę po okolicznych, niewysokich górach tak, żeby pokonanie całej trasy nie było zwykłym spacerkiem.
Podejście na Grzywacką zaczynamy drogą, która przebiega koło szkoły. Po kilkudziesięciu metrach asfalt ustępuje szutrowi i ubitej glinie. Czuję się odpowiedzialny za powodzenie wycieczki, ale już po dwóch minutach marszu wiem, że opanowanie żywiołu, jakim są dzieci, nie będzie łatwe. Jedną z fundamentalnych zasad udanych górskich wyjazdów jest możliwie dobre, wzajemne dopasowanie jej uczestników pod względem siłowym i kondycyjnym. Nasza grupa jest zaprzeczeniem takiego założenia, bo w składzie mamy zarówno pięcioletnie brzdące, jak i młodych nastolatków, którzy koniecznie chcą pokazać, kto tu jest najszybszy. Utrzymanie porządku nie jest łatwe, ale dzięki pokrzykiwaniu matek, hamujących tych najbardziej wyrywających się do przodu, udaje się zachować jako taki szyk.

Ornitolodzy przeciwni wiatrakom
Droga, którą podchodzimy, wije się wśród pól i wchodzi coraz wyżej na stoki Grzywackiej. Od strony Kątów niemal cały stok tej góry jest pozbawiony drzew. W zimie to doskonałe miejsce na wycieczkę skitourową, którą koniecznie trzeba zaplanować tak, żeby zaliczyć zjazd przez pola i łąki do Kątów. My tymczasem podchodzimy wyżej i wyżej, a panorama staje się coraz bardziej rozległa. Docieramy do bocznego grzbietu, którym biegnie zielony szlak z Nowego Żmigrodu. Teraz mamy też widoczność na północny wschód. Na pierwszym planie wzrok zatrzymuje się na Płaskowyżu Kobylańskim. To niewysoko wypiętrzony teren pomiędzy Beskidem Niskim a kotliną Dołów Jasielsko-Sanockich. Od niedawna charakterystycznym elementem w jego krajobrazie są olbrzymie wiatraki, które nawet stąd, choć dzieli je od nas kilkanaście kilometrów, dość dobrze widać. Jest ich pięć i są to największe tego typu obiekty w Polsce. Ich wysokość wynosi 100 metrów, a rozpiętość skrzydeł – 46 metrów. Postawienie akurat w tym miejscu wiatraków, które mają produkować prąd, jest uzasadnione warunkami przyrodniczymi. Wiatry wiejące tu ze średnią prędkością roczną 6,72 metra na sekundę są gwarantem wydajności elektrowni. Ani trochę mnie to nie dziwi, bo mój rodzinny dom znajduje się nie więcej niż cztery kilometry w linii prostej od wiatraków i na własnej skórze przekonałem się, że wiatru... ci u nas dostatek.
Ta farma wiatrowa zmieniła charakter tutejszego krajobrazu i ciężko będzie powiedzieć o nim – sielski. Czy to zmiana na gorsze? Moim zdaniem, niekoniecznie, choć to, oczywiście, kwestia upodobań. Podczas referendum w sprawie tej inwestycji we wsi Łęki Dukielskie, w której właśnie stanęły wiatraki, tylko trzy procent mieszkańców były przeciw. Pomysł nie spodobał się tym, którzy przeprowadzili się tu na przykład ze Śląska. Pewnie szukali ucieczki od przemysłowego krajobrazu, ale nie do końca się to udało. Ten z założenia ekologiczny sposób na produkcję energii budzi jednak kontrowersje. Poza wspomnianymi dylematami natury estetycznej negatywnie oceniają wiatraki ornitolodzy, zwłaszcza w miejscach, gdzie znajdują się szlaki migracyjne ptaków.

Krzyż połączony z wieżą
Po kilkunastu minutach podejścia zielonym szlakiem wychodzimy w końcu na szczyt. Im bliżej do kulminacji, tym dzieci zdają się mieć więcej sił. Najwyraźniej widoki i bliska perspektywa zdobycia kolejnej góry tak je uskrzydlają. Choć nie bez znaczenia jest też obiecany minipiknik, jaki zaplanowaliśmy dopiero na zakończenie.
Na samym wierzchołku Grzywackiej znajduje się wysoki stalowy krzyż, co w polskich górach dziwić nie powinno. Ten jednak jest ewenementem. Po pierwsze dlatego, że krzyż jest połączony z wieżą widokową, a po drugie – panorama z wysokości jest dokładnie taka sama, jak z gruntu, na którym wieża jest postawiona. Wokół nie ma żadnych drzew, więc widoki dostępne są nawet dla tych, którzy nie chcą się fatygować po metalowych schodkach wieży-krzyża. Na szczycie solidnie wieje. W takich warunkach konstrukcja nie wzbudza zaufania. Krzyż trochę się chwieje.
– Choć na tej platformie widokowej nic nam nie grozi, to jednak wolę oglądać pejzaż z perspektywy łąki – oceniam spokojnie.
A jest co podziwiać. Patrząc na zachód, jak na dłoni mamy jeden z najbardziej charakterystycznych masywów Beskidu Niskiego – pokrytą lasami Magurę Wątkowską (846 m n.p.m.). Na południu na pierwszym planie zwraca uwagę Kamień (714 m n.p.m.), a dalej pasmo graniczne, niemal szczelnie pokryte lasami. Widok na północ jest zupełnie inny. Tu dominuje rolniczy krajobraz, a zalesione wzgórza majaczą dopiero za Dołami Jasielsko-Sanockimi. Przy krystalicznie czystym powietrzu można oglądać stąd nawet Tatry. My nie mamy takiego szczęścia, ale widoczność i tak nas zadowala.
Po obowiązkowym pikniku schodzimy zielonym szlakiem do Kątów. Kiedy tylko ścieżka zaczyna opadać, nasze mniej więcej zwarte szyki rozpadają się na samowolnie pędzące w dół oddziały. Nie udaje się zapanować nad wycieczką i każdy zajmuje się tym, na co ma akurat ochotę. Siostry plotkują, dzieci biją rekord w biegu z Grzywackiej, a ja stawiam na fotografowanie. Z tym, że moich młodych modeli nie mogę już dogonić i uchwycić na matrycy aparatu.
Wycieczka zajęła nam nie więcej niż trzy godziny, ale schodząc, myślę już o jej kontynuacji. Zjawiam się w Kątach następnego dnia. Tym razem sam, z chęcią dokończenia wędrówki tak, żeby zgasić uczucie niedosytu, jakie mi pozostało po familijnym wyjściu.

Samotnie na Kamień
Tym razem z Kątów kieruję się na zachód. Na drugim brzegu Wisłoki znajduje się malowniczo położona wieś Skalnik. To niewielka miejscowość, w której jak głosi podanie, parafię założyli Cyryl i Metody ponad tysiąc lat temu. Żadnych dokładnych informacji na temat tego wydarzenia nie udało mi się jednak wyszukać. Giną w mroku dawnych dziejów.
Ze wsi kieruję się na południe – na rozległy, płaski grzbiet, pokryty polami i łąkami. Przez pierwsze kilkaset metrów towarzyszą mi znaki szlaku rowerowego, a potem już tylko mapa w ręku i intuicja pozwalają na podążanie w dobrym kierunku. W odróżnieniu od trasy na Grzywacką Górę spotkanie tutaj jakiegokolwiek turysty byłoby dla mnie niemałym zaskoczeniem. Po około godzinnym bardzo przyjemnym marszu, z widokami między innymi na pasmo Magurskie i Kamień, schodzę do wsi Desznica. Właściwie to ją tylko przecinam, co zajmuje mi nie więcej niż trzy minuty. W odróżnieniu od miejscowości w naszych zachodnich Beskidach – te tutaj z reguły są bardzo małe. Teraz moim celem jest dotarcie do czerwonego, głównego szlaku beskidzkiego. Te dwa kilometry podejścia drogą są chyba najmniej przyjemnym fragmentem całej wycieczki.
Zaraz za Desznicą wita mnie tablica Magurskiego Parku Narodowego. To jeden z najmłodszych obszarów ochronnych w Polsce o tej najwyższej randze. Został utworzony w 1994 roku. Moją uwagę zwraca mała tabliczka przy drodze. Dowiaduję się z niej, że obszar parku narodowego pomiędzy drogami Kąty – Krempna i Desznica – Świątkowa jest miejscem, gdzie można zbierać grzyby i owoce runa leśnego. Szczerze powiedziawszy, spotykam się pierwszy raz z tak liberalnym podejściem do tej kwestii władz obszarów chronionych. Moim zdaniem słusznym, bo jak znam życie, miejscowa ludność nie przejmowałaby się z pewnością zakazami, kiedy byłby wysyp prawdziwków. Tak samo zresztą, jak nie przejmują się tym górale, którzy w sezonie zbierają grzyby w tatrzańskich lasach. Niedawno słyszałem nawet w wiadomościach radiowych, że krewki „grzybiarz potargał leśniczego”, bo ten zapewne chciał ukarać go mandatem.
Wchodzę w końcu na czerwony szlak i zmierzam w kierunku góry Kamień (714 m n.p.m.). Ścieżka prowadzi tu przez cały czas lasem i jeśli mam być szczery, nie jest to drzewostan, który na pierwszy rzut oka zasługuje na ochronę w parku narodowym. Nie jest ani stary, ani w większości naturalnego pochodzenia. Przeważają drzewostany sosnowe, które wyrosły na dawnych polach. Przy szlaku obficie owocuje jeżyna. Nie byłbym sobą, gdybym się nie skusił na ten rarytas, zwłaszcza, że mogę pałaszować te owoce w majestacie prawa.
– Miejsce zbioru grzybów i runa leśnego – przypominam sobie napis na tablicy, zajadając się kolejnymi porcjami jeżyn.
Po około dwóch godzinach docieram do Przełęczy Hałbowskiej. W 1942 roku Niemcy zabili tutaj 1250 Żydów z pobliskiego Nowego Żmigrodu. Dziś znajduje się w tym miejscu zbiorowa mogiła. Żeby do niej trafić, trzeba z przełęczy iść około 100 metrów żółtym szlakiem w kierunku Krempnej.
Przede mną jeszcze tylko przejście przez Kamień, ale szlak nie prowadzi przez sam szczyt. Wiedzie za to bardzo urokliwym, bukowym lasem. Znaczna część stoków Kamienia objęta jest ochroną ścisłą.
Przed samymi Kątami idę jeszcze kawałek widokowym grzbietem i łączę dzisiejszą trasę z tą, którą pokonaliśmy poprzedniego dnia. Całość jest do przejścia w ciągu jednodniowej wycieczki, ale trzeba będzie zarezerwować na to co najmniej osiem godzin. Trasa jest urozmaicona i bardzo widokowa, jak mało która w Beskidzie Niskim.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Beskid Niski
Polska

Zobacz też