Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Konno przez góry Mongolii

Wiatr wieje między uszami

NPM 1/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Aleksandra Dąbrowska
(fot. Aleksandra Dąbrowska)
W języku mongolskim dla niewprawnego europejskiego ucha słowo „góra” brzmi łudząco podobnie do „chmura”. Być może nie jest to przypadek, bo w Mongolii, nazywanej Krainą Wiecznie Błękitnego Nieba, to właśnie wierzchołki gór suną wysoko nad horyzontem. 

Tuż za rogatkami mongolskiej stolicy widoku nie przysłaniały już szare bloki i budowane w centrum miasta wieżowce. Skąpo zalesione góry Chentej, u stóp których położone jest Ułan Bator, widać było jak na dłoni. Przed nami tylko pusta droga, step i przygoda, ku której już za kilkanaście godzin mieliśmy wyruszyć na końskim grzbiecie. Ale wokół nas wyrastały piękne góry.
– Wyglądają tak, jakby ktoś wziął w rękę garść drobniutkiego, szarego piasku i usypał z niego kilka kopczyków! Trochę jak w piaskownicy – powiedziała Mania, wyglądając przez zakurzoną szybę naszego busika, którym podróżowaliśmy na północ kraju.
Na koń!
W Mongolii na nieco ponad trzy miliony mieszkańców przypada aż pięć milionów koni! Dla Mongołów koń to w dalszym ciągu jeden z podstawowych środków transportu (jeźdźca nietrudno spotkać nawet w centrum miasta!), a dla odwiedzających kraj gości jedna z możliwości poznania go z zupełnie innej perspektywy. Świat oglądany z poziomu siodła wygląda inaczej – podryguje w rytm przyśpieszonego kłusa lub zamazuje swoje kontury, rozbujany szalonym galopem. O tym, jak w takim wydaniu prezentuje się północna Mongolia, mieliśmy się przekonać w trakcie trzytygodniowego rajdu. Wyruszyliśmy w słoneczne, wrześniowe przedpołudnie z sennej miejscowości Hatgal, przytulonej do południowego brzegu Jeziora Chubsuguł.
To liczące niespełna trzy tysiące mieszkańców miasteczko – niegdysiejsza stolica regionu – obecnie ożywa jedynie w letnim sezonie, stanowiąc punkt wypadowy nad najgłębsze i uważane za najpiękniejsze mongolskie jezioro. Jesienną porą panuje tutaj jednak cisza i spokój. Pomiędzy wysokimi, drewnianymi płotami łatwo zgubić bieg jednej z dziesiątek piaszczystych dróg, wyjeżdżonych kołami motorów i wydeptanych kopytami kudłatych jaków. W labiryncie ulic można się odnaleźć jedynie po blaszanych bramach. Łuszczące się farby – oliwkowa, turkusowa, musztardowa i biała – porudziałe już lekko ze starości, hipnotyzują od pierwszego spojrzenia. Bramy wodzą wzrok na pokuszenie po liniach fantazyjnie zaplecionych wzorów, skrzypiąc niekiedy złowieszczo, przygięte do ziemi pod ciężarem zapewne wielu mroźnych zim i ulewnych deszczy. My jednak mamy szczęście – jest sucho, ciepło i… złoto! Przebarwione na żółto igiełki wszechobecnych modrzewi falują na delikatnym wietrze, gdy dosiadamy naszych koni i ruszamy na północ.
Mori znaczy towarzysz
– Zawsze bądźcie czujni i ostrożni! – poucza nas Boldo, szef towarzyszących nam lokalnych przewodników i szybko okazuje się, że nie rzuca słów na wiatr.
Mongolskie koniki, choć niewysokie i filigranowe, okazują się być niezwykle szybkie, wytrzymałe i odważne. Niestraszne im strome podjazdy, kamieniste podłoże, głębokie brody, zdradliwe bagniska czy… szalone galopy.
– Mongolskie konie nigdy się nie męczą! – uśmiecha się Boldo, gdy z zachwytem patrzymy na tryskające energią zwierzęta. Po dniu pełnym wrażeń, pozytywnie zmęczeni, marzymy już tylko o trzaskającym ogniu, garze zupy i gorącej herbacie. To czas na chwilę relaksu i zadawanie pytań.
– Jakie imiona noszą nasze konie? – zagaduję naszego przewodnika.
– Nie mają imion. To po prostu mori, czyli koń – odpowiada, wskazując na najbliżej stojącego karego ogiera.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też