Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Czesław Szynalik

Weszliśmy wyżej niż na Everest

NPM 5/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. arch. Czesława Szynalika)
Z Czesławem Szynalikiem, pomysłodawcą akcji „Odkryj Beskid Wyspowy" rozmawia Jakub Terakowski  

Skąd pomysł na projekt „Odkryj Beskid Wyspowy”?
Wpadłem na to w Dolomitach, gdzie opiekę nad szlakami bardzo często sprawują współpracujące ze sobą gminy. Postanowiłem ten model zaproponować gminom położonym w Beskidzie Wyspowym. To mało znane pasmo, warte promocji i odwiedzania, któremu w ten sposób chciałem przysporzyć sympatyków. Pięć lat temu zaprosiłem więc przedstawicieli ośmiu gmin do schroniska na Śnieżnicy, gdzie przedstawiłem im projekt wspólnej promocji tego obszaru. Spotkałem się tam z bardzo życzliwym przyjęciem. Rozpoczęliśmy od cyklu ośmiu wędrówek, aby zachęcić do zwiedzania Beskidu Wyspowego. Mieliśmy nadzieję, że turyści, którym okoliczne szlaki przypadną do gustu podczas wspólnych wycieczek, będą już samodzielnie wybierać się na następne eskapady, zapraszając też znajomych. To po pierwsze. A po drugie, zależy mi na mobilizowaniu ludzi do aktywności; chcę wyciągnąć ich z domów, sprzed komputerów i telewizorów. Po trzecie wiem, że wiele osób ma ochotę połazić po górach, ale brakuje im towarzystwa lub pretekstu. A wycieczki z cyklu OBW (Odkryj Beskid Wyspowy) oferują i jedno, i drugie: sympatyczną grupę oraz motywację. Przygotowaliśmy więc ramowy program. Na każdej z ośmiu zdobywanych wówczas gór spotkanie organizowała inna gmina. Były msze polowe, występy zespołów regionalnych, konkursy wiedzy o górach, poczęstunek, pamiątkowe stemple i odznaki. Nieprzypadkowo w logo akcji znalazł się ryś – bardzo rzadki drapieżnik, którego trzy pary żyją w Beskidzie Wyspowym: na stokach Ćwilina, Jasienia i Mogielicy.

Udział w wycieczkach jest bezpłatny?
Tak, wszystkie koszty organizacyjne ponoszą gminy.

Nie wymagacie wcześniejszych zgłoszeń?
Nie wymagamy. Wystarczy przyjść na miejsce zbiórki. Wycieczki odbywają się w zapowiedzianym terminie niezależnie od pogody i liczby chętnych. Zdarzyło się więc już, że kiełbaski dzieliliśmy na pół... (śmiech) Wycieczkę zawsze prowadzi przewodnik, ale każdy uczestniczy w niej na własną odpowiedzialność. Każdy idzie własnym tempem i powinien w ten sposób mierzyć zamiary na siły. Beskid Wyspowy to góry niewysokie, ale podejścia bywają tu zacne.

Trasy zawsze prowadzą znakowanymi szlakami?
Najczęściej. Jeżeli wybieramy inne drogi, to szczególnie dbamy o to, aby nikt się nie zgubił.

Gdzie szukać informacji o Waszych wycieczkach?
Na stronie www.odkryjbeskidwyspowy.pl oraz na naszym facebookowym profilu.

Jak dużym cieszą się zainteresowaniem?
W ubiegłym roku w naszych wycieczkach uczestniczyło 12 tys. osób, na poszczególnych trasach pojawiło się zależnie od ich atrakcyjności oraz pogody – od 300 do dwóch tysięcy.

Dwóch tysięcy? Jak wędruje się w takim tłumie?
Nie idziemy wszyscy razem. Wspomniany rekord padł na Mogielicy, gdzie schodziliśmy się siedmioma szlakami, przez dość długi czas. Wbrew pozorom nasze wycieczki nie przypominają pielgrzymek, na ścieżkach wcale nie jest ciasno.

A jest przyjemnie i bezpiecznie?
Nigdy nie zdarzył się nam żaden wypadek, nie było przykrych incydentów. Ci, którzy są po raz pierwszy, zgodnie podkreślają, że wcześniej nie widzieli tak dużo zadowolonych ludzi i uśmiechniętych twarzy. Owszem, pilnujemy, aby turyści chodzili szlakami, zwracamy uwagę na śmiecenie i głośne zachowanie, ale znacznie bardziej uciążliwy jest tłum na drodze do Morskiego Oka. Chyba nasze wycieczki są przyjemne, skoro uczestników wciąż nie brakuje. A przecież nie zależy nam na frekwencji, nie przeznaczamy fortuny na reklamę, ludzie sami garną się do nas. W ubiegłym roku ponad 100 turystów zdobyło wszystkie szczyty, na które zapraszaliśmy.

Nie zdarzyło się, że nikt na start nie przyszedł?
Nie, nawet na trudnych, nocnych trasach, bo takie też od roku organizujemy, było po kilkaset osób. W Beskidzie Wyspowym jest 1,2 tys. kilometrów szlaków, więc statystycznie uczestnicy naszych wycieczek nie powinni się nawet widzieć... (śmiech)

Ile wycieczek z cyklu OBW już się odbyło?
Blisko 60 na przestrzeni ostatnich pięciu lat. Dużo? Mało? Zależy nam na tym, aby ludzi zachęcać do wędrowania po górach, a nie zabierać im każdy weekend. Oczywiście, lubiących wycieczki mobilizować nie trzeba, a nie lubiących nie warto, lecz większość potrzebuje tylko inspiracji. Uczestnikami naszych wypraw są zarówno mieszkańcy najdalszych zakątków świata, takich jak Kanada, Korea, Etiopia czy Zjednoczone Emiraty Arabskie, ale także autochtoni. Nie zabrakło wśród nich nawet osób mających domy u podnóża gór, na których wierzchołkach, po raz pierwszy w życiu, byli z nami. Przekrój wiekowy też jest imponujący: od czteromiesięcznego Mieszka po 96-letniego pana Józefa z Dobrej, na szczycie Łopienia. Dystanse też mogą robić wrażenie. W samym tylko ubiegłym roku przeszliśmy 212 kilometrów, pokonując 13,5 tys. metrów różnicy wzniesień. Wspięliśmy się więc wyżej niż na Mount Everest... (śmiech)

A tras z roku na rok przybywa...
Zaczęliśmy od ośmiu wyjść, potem było 10, 12, 14 i 16. Teraz w akcji uczestniczy już 18 gmin; wciąż zapraszamy na nowe trasy. Zwiedzamy następne szlaki, zdobywamy kolejne szczyty. Projekt nabrał rozmachu. Można śmiało powiedzieć, że to największa tego typu impreza turystyczna w Polsce. Postawiliśmy na trzy filary. Pierwszy to przyroda i góry, które poznajemy podczas naszych wycieczek. Drugi to kultura, bo obszar Beskidu Wyspowego zamieszkuje aż pięć etnicznych grup górali, każda z odrębną i niesłychanie ciekawą historią oraz zwyczajami. Jej prezentacji mają służyć festiwal Beskidzkie Rytmy i Smaki oraz Beskidzka Podkówecka. Z przyjemnością zauważam istny wysyp zespołów regionalnych. Dawniej młodzież nie garnęła się do nich, dzisiaj pękają w szwach. Staramy się prezentować czysty folklor tutejszy, co jest trudne, gdyż zalewa nas podhalański – najmodniejszy i dominujący. Trzecim filarem jest lokalna społeczność. Chcemy, aby gospodarstwa rolne, które podupadają, znalazły dla siebie szansę w agroturystyce, produkując ekologiczną żywność i zapraszając gości. Zależy mi na tym, aby młodzi ludzie nie wyjeżdżali stąd za chlebem. Turystyka może stanowić główny atut tego rejonu i ważne źródło dochodów dla jego mieszkańców. A baza noclegowa wciąż jest tu bardzo skromna. Po wojnie w Beskidzie Wyspowym nie powstało żadne schronisko. Lubogoszcz wybudowano w roku 1923, Luboń w 1931, a Śnieżnicę – w 1935. W przyszłości chcielibyśmy więc postawić trzy niewielkie bacówki – na Mogielicy, Jasieniu i Ćwilinie – oraz kilka wież widokowych.

(…)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też