Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Welcome in Tuszetia!

NPM 12/2013
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Magdalena Jarocka
Dartlo – kamienna forteca, w której na stałe mieszka jedna osoba i duchy przodków (fot. Magdalena Jarocka)
Kierowca całą drogę rozmawia przez telefon, ciągle coś wykrzykując. Nieliczne momenty, w których nie prowadzi dyskusji, wykorzystuje na pisanie SMS-ów. Robi to, nawet wyprzedzając na trzeciego na zakręcie. Mam wrażenie, że w Gruzji nie ma przepisów drogowych, a nawet jeżeli są, to niewiele osób ich przestrzega. Ale nie przeraża mnie to. Jadę w końcu do miejsca, o którym cywilizacja dopiero się dowiaduje. Jeżeli tak burzliwe ma być moje z nią pożegnanie, to niech tak będzie.

Wypełniona po brzegi marszrutka mija wioski, które jeszcze pamiętają ostatnią wojnę, a może i poprzednie. Na podwórkach stoją zaparkowane wojskowe auta, a na jednym z nich nawet czołg. Zaniedbane obejścia mówią z jednej strony o panującej tu biedzie, z drugiej o braku gospodarności mieszkańców. Być może to efekt poczucia tymczasowości? W końcu po co o coś dbać, coś remontować, skoro może znowu przyjść wojna i wszystko zostanie zniszczone?

Czarodziej dla Salome
Akhmeta. Miasteczko niewiele różni się od mijanych wiosek. Z lasu betonowych kostek – domów oplecionych winoroślami – wyróżnia się budynek posterunku policji. To jedna z tych rzeczy, której Micheilowi Saakaszwilemu Gruzini zarzucić nie mogą. Po dojściu do władzy przeprowadził gruntowną reformę policji. Zbudował ją na nowo od podstaw, wymieniając niemal w całości skorumpowaną kadrę, podwyższając płace i stawiając nowe budynki.
Akhmeta jest największym miasteczkiem w okolicy, a mimo to nie sposób nie odnieść wrażenia, że wszyscy się tu znają. Co więcej, znają wszystkich z okolicznych wiosek w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Tu każdy jest czyimś bratem, kuzynem czy szwagrem. Kierowcy zatrzymują się na środku skrzyżowania, żeby podać sobie rękę, trąbią, pozdrawiając się w ten sposób z daleka, ściskają się na ulicach. Widok dwóch mężczyzn idących, trzymając się za rękę, nie jest tu niczym niezwykłym i świadczy po prostu o tym, że się przyjaźnią.
Po drodze do Omalo zostaję na noc w wiosce Alvani. Przygarnia mnie do swojego domu brat Goga, u którego zatrzymali się moi znajomi w Omalo. Dom należy do bogatszych w wiosce, ale tak jak we wszystkich brakuje w nim łazienki. Rolę umywalki pełni miednica ustawiona na podwórku, a toaleta w postaci drewnianej sławojki stoi pośrodku pola pełnego winogron. Łazienki może i brak, ale w środku dumnie stoi plazmowy telewizor, a nastoletnia córka gospodarza – Salome – z dumą pokazuje mi swojego nowiutkiego smartfona. Tę noc spędzę właśnie w jej pokoju.
Długo nie możemy usnąć. W kącie pokoju dostrzegam stary akordeon. Dziewczyna podąża za moim wzrokiem, chwyta instrument i zaczyna grać jakąś gruzińską melodię. Pokój napełnia się tęsknotą. Salome łamanym angielskim próbuje mi opowiedzieć jak najwięcej o swoich marzeniach. Oby się spełniły! Na pamiątkę wciskam w jej dłoń małego drewnianego czarodzieja, którego ktoś dawno temu przywiózł mi z Indonezji.
Rano siadamy we czwórkę na drewnianych stołeczkach przed małym sklepikiem przy głównej ulicy w wiosce. Salome, jej mama, babcia i ja. Życie w wiosce jak co dzień płynie dość sennie. Na ulicy jest pusto. Czasem tylko przejedzie ktoś na zdezelowanym rowerze. Pozdrowi nas machnięciem ręki, zatrzyma się i chwilę porozmawia.
– Magdalena, twój szofer – Irine wskazuje na nadjeżdżającego dżipa. To Giorgi przyjechał po mnie.

Jedziemy do Omalo!
Wąska, górska droga wije się serpentynami ku przełęczy położonej na ponad 2900 m n.p.m. Momentami z przerażeniem spoglądam na niewielką odległość, jaka dzieli koła auta od linii, na której kończy się brzeg szosy i zaczyna urwisko.
– Czy często zdarzają się tu wypadki? – pytam Giorgiego.
– A co, boisz się? – odpowiada ze śmiechem.
– Skądże! – rzucam w jego stronę, robiąc dobrą minę do złej gry.
Giorgi zamyka okna od samochodu i chwilę później wjeżdżamy pod wodospad. To taka tutejsza myjnia automatyczna. Po chwili auto jest czystsze niż nasz narodowy trunek.
Kilka kilometrów dalej się zatrzymujemy. W dole, nad brzegiem rzeki, widzę namiot, obok którego kręci się dwoje ludzi. Giorgi pozdrawia ich i tłumaczy, że to jego znajomi.
– Oni tu pracują – mówi, wskazując na sterty kamieni.
Później dowiaduję się, że to podstawowy materiał służący do odbudowy domów. Latami tuszeckie wioski niszczały, bo miejscowa ludność uciekała w niżej położone, bardziej przyjazne klimatycznie regiony. Ale teraz, gdy zauważono ich potencjał turystyczny, Tuszetia zmienia się w olbrzymi plac budowy. Wreszcie, po pięciu godzinach jazdy od wyruszenia z Alvani, słyszę radosne:
– Welcome in Tuszetia!

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Kaukaz
Gruzja

Zobacz też