Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Carlos Carsolio

Wanda była przy mnie

NPM 7/2017
Numer wyprzedany
Autor:
Paulina Wierzbicka
(FOT. JURASSIC PHOTO TEAM)
– Mam wrażenie, że czas stanął w miejscu, kiedy patrzę na moich przyjaciół – Janusza Majera czy Krzyśka Wielickiego. Te przyjaźnie, które nawiązujesz w górach, są magiczne. Związując się z kimś liną, związujesz się również jakąś niewidoczną więzią na całe życie – o przyjaźniach, górach wysokich i przemijaniu Paulinie Wierzbickiej opowiada Carlos Carsolio  

Carlos Carsolio po blisko 30 latach ponownie odwiedza Polskę, tym razem jako gość VII Otwartych Dni Wspinania organizowanych przez Fundację „Echo” oraz Portal Górski w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. W naszym kraju zostaje blisko tydzień, bo oprócz prelekcji czeka go wiele spotkań z polskimi przyjaciółmi, których poznał w wysokich górach w złotej erze polskiego himalaizmu. Jak twierdzi z łezką w oku, w jego kompanach nic się w nich nie zmieniło – poza jednym… Niestety jest ich coraz mniej.
 
Pierwszym Twoim dużym osiągnięciem wspinaczkowym było pokonanie południowej ściany Aconcagui (6962 m n.p.m.) w Argentynie, najwyższego szczytu obu Ameryk. Dokonałeś tego w wieku 22 lat, trudną drogą Reinholda Messnera. Wtedy też poznałeś naszych rodaków. Jak się okazało, to miała być przyjaźń na długo.
To był jeden z tych momentów, które odmieniają życie. Planowałem zrobić południową ścianę Aconcagui z moimi meksykańskimi znajomymi wspinaczami. Jednak nie podzielali oni mojej fascynacji, a i gdzieś po drodze brakło im motywacji. Pewnego dnia spakowali się i wyjechali. Zostałem zatem pod ścianą sam, z myślą solowego jej przejścia. I na takiej próbie pewnie by się skończyło, gdyby nie pojawienie się znienacka, spośród mgieł, dwóch Polaków.
Wracali właśnie z Patagonii, gdzie zdobyli nową drogą szczyt Fitz Roya. Było to pierwsze polskie wejście. Tak poznałem Mirosława „Falco” Dąsala i Wiesława Burzyńskiego. Połączyła nas chęć zdobycia ściany, wyczerpujące się zapasy jedzenia, kompletny brak pieniędzy oraz namiot, w którym zamieszkaliśmy w trójkę. Dzieliła natomiast nieznajomość języków – mimo to byliśmy w stanie doskonale się ze sobą dogadać. Wspinaliśmy się, nie znając słów ani polskich, ani hiszpańskich, ani angielskich. Po udanej akcji dołączyliśmy do reszty polskiej ekipy czekającej w Mendozie. Michał Kochańczyk zaprosił mnie wówczas do udziału w wyprawie na Nanga Parbat. I tak zaczęła się nasza polsko-meksykańska przyjaźń.
Szczyt Nanga Parbat udowodnił, że w razie potrzeby rozumiesz się z Polakami bez problemu. Jak to wyglądało?
Tak! 13 lipca 1985 roku stanęliśmy na szczycie Nanga Parbat z Jerzym Kukuczką, Andrzejem Heinrichem i Sławomirem Łobodzińskim. Radio zanotowało naszą dyskusję z wierzchołka, niezwykle ożywioną. Padały pytania, odpowiedzi. Gdy zeszliśmy do base campu i odsłuchaliśmy ją ponownie, zrozumieliśmy, że tam, na wysokości 8126 metrów n.p.m., rozmawialiśmy ze sobą bez najmniejszych problemów, a tu, niżej, znów kompletnie się nie rozumiemy. Nie byłem w stanie pojąć, o czym my tak tam dyskutujemy!
Czy wspinanie się z Jerzym Kukuczką wpłynęło na Twoją karierę wspinaczkową?
Kukuczka, nim go poznałem osobiście, jawił mi się jako dwumetrowy olbrzym, tytan gór! W rzeczywistości, jak wiecie, było zgoła odmiennie. Był bardzo dobrą osobą, skupioną na celu – zarówno w życiu osobistym, jak i tym górskim. Miał ogromny dar do odnajdowania się w sytuacjach ekstremalnych: niewyobrażalnego zimna, wiatru, niedogodności związanych z wysokością czy po prostu głodu. Wytrzymywał wiele. To on przekazał mi wzorce, jak postępować w położeniu skrajnym. Bo głowa, oprócz umiejętności i siły fizycznej, odgrywa w każdej akcji górskiej najważniejszą rolę.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też