Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Chan Tengri

Walczący z lawinami

NPM 11/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Mackiewicz
Widok na Chan Tengri od zachodu (FOT.TOMASZ MACKIEWICZ)
Wejście na Chan Tengri było moim marzeniem już od jakiegoś czasu. Wiedziałem, że czeka mnie miesiąc w niezwykle pięknych górach Tien-Szan, 160-kilometrowy spacer po lodowcu Inylczek i na koniec mozolna wspinaczka na szczyt drogą Woronina. Niestety, na miejscu, z uwagi na spore zagrożenie lawinowe, musiałem zweryfikować swoje plany.

Piętnastego lipca wyruszam w stronę niewielkiej Kirgistanu. Podróż samolotem trwa piętnaście godzin krócej niż oczekiwanie na lotnisku Szeremietiewo 2 w Moskwie. I gdy w końcu ląduję w stolicy Kirgizji – Biszkeku, okazuje się, że atmosfera przypomina tę z amerykańskich baz wojskowych.

Kirgiski chaos przytłacza
To bowiem właśnie tu Amerykanie przechowują swoje maszyny, które latają nad Afganistanem. Pierwsze wrażenia są dość przygnębiające: wszędzie czuć klimat postsowieckiej porażki, wymieszanej z permanentną biedą oraz typowym dla Azji chaosem. Wprawdzie chaos ów w porównaniu z Indiami czy Kambodżą jest mniej intensywny, inna jest jednak jego specyfika. Kirgiski – po prostu przytłacza.
Muszę się więc stąd jak najszybciej wydostać. Błyskawicznie załatwiam wszystkie niezbędne formalności i już następnego dnia ruszam na wschód, skąd moja droga wiedzie w góry. Jedna noc w Karakole w uroczym towarzystwie mieszkańców lokalnych blokowisk pozwala mi bliżej zapoznać się z sytuacją społeczną tego rejonu. Atmosfera kapitalna. Nasze rozmowy przerywa jedynie co rusz popiskująca bieda, która ewidentnie próbuje pozostać w centrum uwagi. Nie daje o sobie zapomnieć ani na sekundę – widać ją na zewnątrz w przejeżdżających co chwila wrakach łady żiguli, a także w pomieszczeniu, w którym jesteśmy, na strojach moich towarzyszy i w spożywanych trunkach. Jest po prostu wszechobecna.
Następnego dnia siedzę w UAZ-ie, który wiezie mnie w kierunku południowo-wschodnim do bazy wojskowej
Maida-Adyr. Stamtąd rozpocznę moją wędrówkę na Chan Tengri (7010 m n.p.m.). Gdy docieram na miejsce, szybko przepakowuję swoje rzeczy i ruszam w kierunku lodowca.

To nie ta morena
Jakby nie spojrzeć, na GPS-ie droga w linii prostej wynosi 80 kilometrów. Czasu mam dużo, więc nie muszę się spieszyć. Początek trasy wiedzie przez równinę, która dla piechura łaskawa jest bardziej niż lodowiec Inylczek. Po drodze spotykam młodych pasterzy, którzy opowiadają mi ciekawe historie o tutejszej okolicy. Korzystam z okazji i wypytuję ich dokładnie o zwierzęta, jakie tu żyją, aby potem wieczorami w namiocie niepotrzebnie się nie denerwować. Okazuje się, że najwięcej jest tu świstaków, sporo kozłów w samych górach, a i niedźwiedź się zdarza, ale to trochę niżej. Spokojnie mogę więc iść dalej.
Następnego dnia wieczorem docieram do czoła lodowca Inylczek. Robi na mnie pozytywne wrażenie. Wracają wspomnienia z Alaski, gdzie z Markiem Klonowskim w ubiegłym roku na morenach o mało nie wyzionęliśmy ducha. Znowu czuję się jak dziki, pierwotny, prymitywny gość. Tego uczucia nie zastąpi mi żadna zdobycz cywilizacji. Wokół szaleją góry – każda powyżej 4000 metrów n.p.m. Ogarniają moją duszę kompletnie, czuję spływający z nich na mnie stan spokoju i pustki.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też