Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa | Iwona Haniaczyk

Wagary na Kasprowym

NPM 1/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Jakub Terakowski
(fot. archiwum Iwony Haniaczyk)
Iwona Haniaczyk, gospodyni schroniska na Hali Kondratowej w Tatrach.

Nie boi się Pani tu mieszkać?
Nie, a dlaczego?

Bo pamiętna, kamienna lawina, nie ominęła schroniska. Potężny głaz wbił się w ścianę jadalni, a kilka – jeszcze większych, cudem zatrzymało się obok.
Ale to było ponad 60 lat temu!

Historia lubi się powtarzać...
Pomyślałam o tym tylko raz. To było kilka lat temu podczas trzęsienia ziemi, wyraźnie odczuwalnego na Hali Kondratowej. Zabrzęczały tu wtedy wszystkie szklanki, kubki i talerze, zakołysały się lampy, ale Giewont nie drgnął. Zresztą jego stoki są teraz tak zarośnięte drzewami, że żaden głaz by nie przemknął. A co najważniejsze, po zejściu tamtej lawiny, na grani Długiego Giewontu przeprowadzono serię odstrzałów górniczych, dzięki którym usunięte zostały wszystkie niestabilne kamienie. Jak widać, skutecznie to zabezpieczyło budynek.
 
Historia jednego głazu
 
Czy w ścianę jadalni wbił się ten głaz, leżący tuż za oknem?
Tak, to ten. To cud, że nic się wówczas nikomu nie stało. Znam tę historię z opowiadań dziadka. Dzień był ciepły i słoneczny. Tłum oblegał schronisko i całą halę. Nagle zadrżała ziemia, w ułamku sekundy lawina kamieni ruszyła spod grani Giewontu, wprost na Kondratową. Co ją spowodowało? Nie wiem, może jakieś ruchy tektoniczne? Turyści nie mieli czasu na ucieczkę, tylko opatrzność mogła ich uratować. I uratowała.

Jak udało się pozbyć tego głazu z jadalni? Trzydziestu ton nie sposób przecież tak po prostu odsunąć...
Tak, to było nie lada wyzwanie dla dziadka. Pomysłów miał wiele, włącznie z pozostawieniem głazu wewnątrz schroniska, na pamiątkę i ku przestrodze. Byłaby to niewątpliwie duża atrakcja turystyczna, lecz z perspektywy czasu myślę, że zbyt duża, i to dosłownie… Jestem dziadkowi wdzięczna za to, że zrezygnował z tego pomysłu. Bo w jadalni i bez tego głazu bywa ciasno... (śmiech). Gdy więc zapadła decyzja o jego usunięciu, na Kondratową wezwano górali z końmi. Nadaremno, bo kamień nawet nie drgnął. I wtedy dziadka olśniło: zamiast mocować się z trzydziestoma tonami, łatwiej pozbyć się ich sprytem. Wykonał podkop i... głaz powoli, majestatycznie sam opuścił schronisko. Jest zatem jak góra lodowa, bo na powierzchni widać tylko jego ćwiartkę. Teraz, przy ładnej pogodzie, turyści z upodobaniem siadają na nim, nie wiedząc, skąd się tu wziął.
 
A Pani, skąd się tu wzięła?
Moja rodzina prowadzi schronisko na Kondratowej od początku istnienia tego obiektu, czyli już 70 lat. Mój dziadek, Stanisław Skupień, miał dwie pasje: sport i góry. Uprawiał narciarstwo, był olimpijczykiem, reprezentował Polskę w Lake Placid (Igrzyska Olimpijskie w 1932 r. – red.). Niestety, biegu na 50 kilometrów z powodu złamanego kijka nie ukończył. Ustanowił za to inny, dość oryginalny rekord. Otóż gospodarze igrzysk zaprosili wszystkie reprezentacje do Nowego Jorku. na bieg, na ostatnie, 102 piętro – nowo otwartego wówczas – Empire State Building. Dziadek wraz z pozostałymi zawodnikami naszej kadry zwyciężył w tym biegu, osiągając czas poniżej 20 minut, który przez wiele lat był najlepszy (śmiech). Kondycja i doświadczenie, które zdobył wcześniej w Tatrach, okazały się bezcenne.
Z biegiem lat góry stały się dla dziadka ważniejsze od sportu. W 1946 roku postawił na Hali Kondratowej szałas, a dwa lata później, wraz z pracownikami, przybijał ostatnie gonty na dachu nowego schroniska. Poprowadzenie obiektu zaproponowała mu Sekcja Narciarska Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego. Spędził tu ponad 30 lat. Był nie tylko gospodarzem schroniska, ale także ratownikiem oraz wciąż aktywnym narciarzem. Organizował tu zgrupowania sportowców: narciarzy, skoczków, biegaczy i bokserów. Schronisko stanowiło dla nich bazę, a na samej hali wybudowano tor saneczkowy i skocznię.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też