Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Góry Orlickie

W towarzystwie psich zaprzęgów

NPM 2/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Grzegorz Grupiński
Nie tylko nas zachwycił mroźny poranek pod Šerlichem (fot. Grzegorz Grupiński)
Zaledwie skrawek Gór Orlickich leży w granicach Polski. Na pierwszy rzut oka wyglądają na długi, nieciekawy grzbiet, pozbawiony walorów krajobrazowych. Ale to właśnie ta pozorna monotonia czyni je łakomym kąskiem dla wędrowca na deskach.

Główny grzbiet Gór Orlickich to masywny, wyrównany wał o wysokości przeważnie 900-1000 m n.p.m., z którego wyrastają słabo zaznaczone kulminacje, w tym Wielka Desztna (czes. Velká Deštná, 1115 m n.p.m.) i Orlica (1084 m n.p.m. – najwyższa w polskiej części gór).
Orlickie stanowią najwyższą część Sudetów Środkowych i zimą są dość mocno oblegane przez narciarzy – od polskiego Zieleńca po Říčky i Deštné v Orlických horách. Skoro jest zima i jesteśmy po czeskiej stronie, możemy być pewni, że oprócz amatorów szusowania na zjazdówkach spotkamy masę narciarzy biegowych, którzy korzystają z licznych przygotowanych tras narciarskich, sięgających głęboko w góry. Dlatego na rodzinne zimowisko jako swoją bazę wybraliśmy właśnie tę ostatnią miejscowość.

Zaczynamy w Bärnwaldzie
Przygoda z Górami Orlickimi zaczyna się jeszcze po ciemku. Tak jest zazwyczaj, gdy z Mariuszem otrzymamy przepustki na „męski dzień” na rodzinnym wyjeździe. Szkoda marnować cenne godziny na logistykę, więc ciemną nocą pakujemy się do zamówionego skibusa, który zawiezie nas na drugą stronę gór do Neratova. Z tej miejscowości zamierzamy wrócić na kwaterę na deskach. Jest siarczysty mróz, przez zmrożone szyby ledwo widać gwiazdy i nieliczne światła. Furgonetka na zamówienie – to brzmi jak skandaliczne burżujstwo, ale autobusem byśmy tam nie dojechali, a jazda autem po zostawione w Neratovie drugie auto kosztowałaby w sumie mniej więcej tyle samo.
O brzasku zatrzaskujemy za sobą drzwi skibusa. Przed nami święto, na które od dawna czekaliśmy – jakieś 35 kilometrów intensywnej wędrówki przez góry.
– Byleby tylko wtarabanić się na grzbiet. A potem już tylko czysta przyjemność, długi marsz bez strat wysokości – mobilizujemy się w ramach rozgrzewki.
Na ciemnym niebie rysuje się zwalista sylwetka neratovskiego kościoła. Zupełnie niepasujący rozmiarami do niewielkiej wsi budynek ma ciekawą historię. Obecna konstrukcja powstała w XVIII wieku dla pielgrzymów, przybywających tutaj z wiarą w uzdrowieńczą moc źródełka. Bogato wyposażony kościół przetrwał liczne wojny aż do 10 maja 1945 roku. Tego dnia sowiecki żołnierz odpalił poniemieckiego panzerfausta… Odbudowa siłami społecznymi została przerwana przez zakazy komunistycznej władzy, która po zawaleniu się stropu wykreśliła budowlę z rejestru zabytków. Na szczęście, na całkowitą rozbiórkę zabrakło pieniędzy, a po 1989 roku mury świątyni zabezpieczono i odremontowano fasadę, resztę murów pozostawiając w postaci trwałej ruiny. W pozbawionym sklepienia kościele odbywały się nabożeństwa… pod gołym niebem. Niedawno pomysłowi Czesi przykryli budynek efektownym sklepieniem ze szkła. Szkoda, że jest taka wczesna godzina i nie możemy zajrzeć do surowego wnętrza świątyni z widokiem na niebo. Pozostaje z daleka podziwiać to inspirujące połączenie tradycji i nowoczesności.
Zaśnieżoną drogą wędrujemy w górę wsi. Wśród nakrytych śnieżną czapą chałup wyróżnia się kapliczka z figurą Piety, ufundowana niemal 200 lat temu przez niejakiego Franza Matzke. Niemiecki napis nie pozostawia wątpliwości co do języka, którego używano tu dawniej. Założona przez przybyszów z Ziemi Kłodzkiej i Śląska miejscowość przez wieki nazywała się Bärnwald. Nazwę Neratov sztucznie wprowadzono po wysiedleniu Niemców po II wojnie światowej. Wcześniej Neratov oznaczał dawno już wymarłą osadę na drugim brzegu Dzikiej Orlicy, czyli w ówczesnym Hrabstwie Kłodzkim, na dzisiejszej „polskiej” stronie doliny. To jedna z wielu tutejszych zaszłości historycznych, które sprawiają, że wędrowanie po sudeckich kątach przypomina eksplorację innych pogranicznych ziem z wielokulturową historią – choćby Kresów Wschodnich.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też