Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa N.P.M. | Andrzej Wilczkowski

W Tatrach znałem każdy kamień

NPM 9/2015
Numer wyprzedany
Autor:
Jakub Terakowski
(FOT. MACIEJ STĘPNIAK / WWW.MACIEKSTEPNIAK.COM)
Z Andrzejem Wilczkowskim rozmawia Jakub Terakowski.

Tytuł Pana najbardziej znanej książki o Tatrach – „Miejsce przy stole” – raczej nie kojarzy się z górami.
Nie ma dla mnie ważniejszego miejsca w Tatrach niż to przy stole w schronisku nad Morskim Okiem. Dlaczego? Bo jednoczyło społeczność ludzi mi bliskich.

Co to za społeczność?
Kilkadziesiąt osób wędrujących po Tatrach na przełomie lat 40. i 50. ubiegłego wieku. Nie wstydzę się tego tytułu, nie zmieniłbym go. O Tatrach napisano już mnóstwo książek, a o ludziach, których znałem, kochałem i z którymi się wspinałem, nie napisał nikt. Czuję się bardem tamtego pokolenia taternickiego. Większość z nich odeszła już na wieczną wspinaczkę. Gdybym ja nie przechował pamięci o nich, to kto? Następne pokolenie, to zdobywające najwyższe wierzchołki, ma już swoich biografów, lecz moje – gdyby nie Wilczkowski – zniknęłoby bez śladu. To nie góry są podmiotem moich książek, lecz człowiek i jego walka o zdobywanie szczytów. Najważniejsze są dla mnie relacje pomiędzy ludźmi; książka o górach, w której brakuje ludzi, jest tylko przewodnikiem. Z tej perspektywy opisuję też wyprawę w Hindukusz w „Śniegach pokutujących”.

Napisał Pan „wychodzimy razem, wracamy razem”...
To nie ja jestem autorem tego powiedzenia, lecz jest mi bliskie, ponieważ właśnie taka zasada obowiązywała w moim pokoleniu. Człowiek był ważniejszy niż góra, nie można go było zostawić lub minąć po drodze, jeżeli potrzebował pomocy. Nie do pomyślenia byłoby dla nas dzisiejsze zdobywanie Everestu „po trupach”. To jakiś obłęd! Nie wiem, po co ludzie tam łażą, ale jeżeli już łażą, to nie można obojętnie patrzeć, jak umierają.

Nie wie Pan, po co ludzie chodzą po górach?
Wiem: dla przyjemności. Chodzą, bo lubią. A niektórzy dodatkowo lubią też ryzyko, więc chodzą wyżej, bo tam ryzyko jest większe. Jakie to miłe uczucie, gdy adrenalina buzuje we krwi! Ależ nam buzowała na tym maleńkim, dostępnym wówczas skrawku Tatr! I to nie tylko w ścianie, ale także na szlakach, bo zdarzało się przecież, że WOP [Wojska Ochrony Pogranicza] strzelał do osób podchodzących zbyt blisko granicy.

Do Pana też?
Do mnie? Nie, mnie tylko aresztowano i to zaledwie na dobę.

Za co?
Pewnego bardzo zimnego lipcowego dnia (pamiętam jak dziś: na grani padał śnieg) wydarzył się poważny wypadek w pobliżu Przełęczy Mięguszowieckiej Wyżnej. Zorganizowałem wyprawę ratunkową. Na miejscu stwierdziłem, że ofiara może nie przeżyć transportu na polską stronę, postanowiłem więc zejść łatwiejszą drogą, na Słowację. Ze schroniska zatelefonowałem do WOP-u, zgłaszając nielegalne przejście granicy. „Zapudłowali” nas na Łysej Polanie, zabrali na przesłuchanie. Trafiłem na oficera; powiedziałem, że też jestem oficerem, a w wojsku nauczono mnie, że troska o ludzi jest najważniejsza; uznałem więc ratowanie życia kolegi za wartość nadrzędną. „Możecie odejść” – usłyszałem tylko. Jak widać, w LWP [Ludowe Wojsko Polskie – red.] też byli ludzie. Bardzo dokładnie opisałem tę historię w „Miejscu przy stole”.

Które ze wspomnień z tej książki są Panu szczególnie bliskie?
Wszystkie. Lubię „Miejsce przy stole”, nie zaprzeczam. Uważam, bez fałszywej skromności, że to dobrze napisana książka. Gdyby było inaczej, to nie trafiłaby na pół wieku do kanonu tatrzańskich lektur obowiązkowych. W ubiegłym roku pojawiło się jej piąte wydanie, chociaż oczywiście największy nakład – 30 tysięcy egzemplarzy – miało wydanie pierwsze. To był dla mnie wielki zaszczyt. I jeszcze jedno: „Miejscem przy stole” pożegnałem się też z marzeniami o górach najwyższych. W pewnym momencie bowiem miałem szansę zostać kierownikiem polskiej wyprawy na Everest. Wówczas jednak interweniował Pan Bóg: „Wilczkowski, nie wygłupiaj się” – powiedział. – „Ten mały zawał Ci wystarczy, a na większy Ciebie nie stać”.

Zawał serca?
Tak, po powrocie ze Spitsbergenu. Ale pierwsze sygnały ostrzegawcze pojawiły się już w roku 1951, na Kościelcu. Straciłem tam na moment przytomność, lekarz zdiagnozował osłabienie mięśnia sercowego drugiego stopnia. Na szczęście mój ojciec, notabene również lekarz, zbagatelizował diagnozę kolegów, uznał, że taternictwo jest bezpieczniejsze od mojej drugiej pasji – historii żołnierzy wyklętych – i sfinansował mi kolejny wyjazd w Tatry. Bez jego wsparcia nie mógłbym się dalej wspinać.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też