Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Rumunia

W świecie jak u Stasiuka

NPM 6/2017
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Grzegorz Grupiński
(fot. Grzegorz Grupiński)
Z jednej strony szeroka wstęga Dunaju ze sławetną Deltą. Z drugiej spalone słońcem przestrzenie Dobrudży, ze Stasiukowym Babadag i Morzem Czarnym o krok. Słyszeliście o górach Măcin? My wcześniej też nie…  

Miasto Brăila (czyt. Braiła) wita nas ulewą. W strugach deszczu ładujemy auta na niewielki prom i przekraczamy Dunaj. Jesteśmy w Dobrudży – najbardziej orientalnej części Rumunii, wciśniętej pomiędzy Deltę Dunaju, czarnomorskie wybrzeże i granicę z Bułgarią.
Pomiędzy stalowymi chmurami zamajaczył niewyraźny zarys grzbietu. A więc to jednak prawda, że w tym zakątku Europy są jakieś góry!
Gdzie psy szczekają i piszczą
Mijamy miasteczko Măcin, podążając drogą 22D na południowy wschód. Z obu stron szosy falują bezkresne pola kukurydzy. Ulewa przechodzi, więc zatrzymuję samochód, by się rozejrzeć. Masyw Măcin (czyt. Meczin, rum. Munții Măcinului) jest teraz widoczny jak na dłoni. Zajmuje niemal całą szerokość horyzontu. Łańcuch nie przekracza 500 m n.p.m., ale jako że jesteśmy zaledwie na kilkudziesięciu metrach nad poziomem morza, a niektóre wierzchołki mają całkiem śmiałe kształty, panorama w pełni zasługuje na miano górskiej.
Skręcamy w lokalną drogę do Greci – głównego punktu wypadowego w góry. Miejscowość nie przypomina kurortu. To senna wioska, która mogłaby ilustrować powiedzenie o psach szczekających inną częścią ciała niż zazwyczaj. Na głównym placyku odnajdujemy początek szlaku, znakowanego niebieskim trójkątem. Rozpytujemy też o kwaterę, w której zaklepaliśmy noclegi.
W końcu na plac zajeżdża rozklekotanym autem nasz gospodarz i prowadzi do swojego domu. Warunki są skromne, ale wystarczy miejsca dla naszych dwóch rodzin. Z ogródka i przydomowej winnicy oglądamy wznoszące się nad Greci górskie grzbiety. Gdzieś tu powinien być Ţuţuiatu (czyt. Cucujatu, 467 m n.p.m.), najwyższy szczyt masywu.
Tymczasem towarzystwo mobilizuje się poprawiającą się pogodą. Nie wierzyłem, że jeszcze dziś uda nam się ruszyć w góry, a jednak wkrótce wędrujemy ulicami Greci w ślad za niebieskimi trójkątami.
Na rozwidleniu ulic słyszymy dziwny dźwięk, dobywający się z kontenera na śmieci. Zszokowani znajdujemy pięknego białego szczeniaczka. Piesek najwyraźniej został tu wrzucony z premedytacją, a ciche skomlenie świadczy o tym, że potrzebuje pomocy. Wyciągamy szczeniaka ze śmietnika i z braku lepszego pomysłu kładziemy w cieniu drzewa. Dzieci poją go wodą. Błagają, żebyśmy… wzięli go ze sobą. Na razie odkładamy temat na później.
– Przecież w góry go nie weźmiemy – tłumaczymy.
Żółw nasz jedyny
Wreszcie kończą się zabudowania i zaczynają góry. Wychodzimy na obszerną łąkę, zeszpeconą przez ruinę betonowej budowli. Łagodnie wznoszącą się ścieżką zdobywamy wysokość, mijając wielkie stado kóz. Od ocembrowanego kamieniami źródełka podejście robi się znacznie bardziej strome. Słońce zaczyna grzać coraz mocniej, ale dzięki niedawnej ulewie wciąż jest znośnie. Strach pomyśleć, jaki upał panuje tu zwykle w letni dzień.
Im wyżej, tym bardziej sucho. W wysuszonych na pieprz gliniastych zboczach pojawiają się charakterystyczne norki.
– Szukajcie żółwi! – namawiamy dzieci.

(...)

Więcej - czytaj w numerze "n.p.m."
 


Zobacz podobne artykuły

Góry Macin
Rumunia

Zobacz też