Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Alpy

W stronę Matterhornu

NPM 4/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Jacek Sidlarewicz
Matterhorn o poranku (FOT. Magdalena Prask)
W jeden z zimowych weekendów spotykam się z Magdą, wspaniałą dziewczyną i góralką, jakich mało. Wiem, że marzy o Matterhornie, a ja zaczynam ją dodatkowo nakręcać. Zdobywam nawet dla niej książkę Ani Czerwińskiej ze specjalną dedykacją.

Największe marzenia szybko musimy weryfikować. Matterhorn wymaga dodatkowego przygotowania. A na to, szczególnie mi, brakuje czasu.
– Praca, praca… – tak się dzisiaj prawie wszyscy tłumaczą, ale nie chce być inaczej.
Jest mi głupio, bo zawsze staram się dotrzymać obietnicy. Mijają tygodnie. Proponuję coś, może mniej honornego, ale wydaje mi się, że równie emocjonującego: trzy alpejskie szczyty Lagginhorn, Dom i Dufourspitze. Magdzie mój pomysł przypada do gustu.

Magda „zaginęła”
Jedziemy non stop autostradami przez Niemcy i Szwajcarię, żeby tylko jak najszybciej dotrzeć do celu. Magda jest drugą osobą, której pozwalam prowadzić samochód. Szybko przekonuje mnie, że mogę przysnąć bez obaw o jakieś dodatkowe niespodziewane przygody. Dolina Saas wita nas piękną słoneczną pogodą. Szybko znajdujemy kemping w Saas Grund, który staje się naszą pierwszą bazą. Na dzień dobry postanawiamy obejść miasteczko i zrobić trochę zdjęć. To znaczy Magda robi zdjęcia, albo ja Magdzie.
– Jakoś nie dorobiłem się jeszcze aparatu... – mówię sam do siebie, szukając kolejnego kadru.
Postanawiamy podejść do Saas Fee. Biegnę do samochodu po stosowną mapkę i przewodnik, a Magda idzie dalej. Wracam, a po niej ani śladu.
– Może pognała do przodu sama? – myślę sobie.
Robię więc to samo. Łapię stopa i w kilka chwil jestem w Saas Fee. Miasteczko robi wrażenie: tradycyjne chatki, piękne widoki na szczyty i lodowce. Przemierzam je wzdłuż i wszerz, ale Magdy nie napotykam. Chyba jednak została.
– I co ja jej powiem, jak wrócę? – ta myśl zaczyna mnie prześladować. Czuję, że będę musiał się mocno starać, żeby naprawić ten błąd.

Czesi i Polacy pod namiotami
Dzień pierwszy. Budzimy się lekko wychłodzeni. Wyglądamy z namiotu, a tu niespodzianka: biała trawa, a temperatura spadła poniżej zera. Po śniadaniu zjedzonym na trawie suszymy namiot i z całym naszym dobytkiem ruszamy na szlak. Nasz pierwszy cel: Lagginhorn (4010 m n.p.m.).


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też