Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Himalaje

W poszukiwaniu innego czasu

NPM 6/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Jan Myśliborski
Kibber. Dalej są już tylko góry (fot. Małgorzata i Jan Myśliborscy)
Należymy do tego typu wędrowców, który szuka miejsc nieskażonych przez globalizację. Gdzie niełatwo dotrzeć, czas płynie wolniej i nie ma kłębiących się tłumów turystów. Znaleźliśmy je w Spiti na wysokości czterech tysięcy metrów, za wysokimi himalajskimi szczytami. Rejon oszałamia cudownymi krajobrazami, nęci smakiem przygody i klimatem tajemniczych wierzeń, przywołuje wspomnienia z książek czytanych kiedyś z wypiekami na twarzy.

Pomysł na wyprawę narodził się siedem lat temu, w trakcie krótkiego majowego pobytu w regionie Kinnaur w Indiach, w wysokiej dolinie rzeki Baspy, określanej czasem jako jedna z najpiękniejszych dolin w indyjskich Himalajach. Kinnaur było fascynujące i tajemnicze, a z mapy wynikało, że w głębi kryje się kraina jeszcze trudniej dostępna i jeszcze bardziej zagadkowa – Spiti. To podziałało na wyobraźnię, skłoniło do lektur i poszukiwań. Okazało się, że akcja kultowego „Kima” Rudyarda Kiplinga zahacza właśnie o Spiti w okresie tzw. Wielkiej Gry między Rosją i Anglią o wpływy w Azji Centralnej i Indiach. Panditowie, czyli przebrani za mnichów lub kupców emisariusze, de facto szpiedzy, wędrowali po nieznanych i słabo dostępnych terenach, sporządzając ukradkiem mapy i plany ewentualnych przepraw dla wojsk. Jednemu z takich panditów towarzyszył właśnie Kim.
W końcu z moją żoną Małgosią wspólnie podjęliśmy decyzję o wyjeździe do Spiti. Biorąc pod uwagę wysokość, założyliśmy, że dotrzemy do 4500 m n.p.m. Wszystko trzeba było dobrze przemyśleć: trudności dostępu, nasz wiek 50+ i fakt, że wyruszamy na własną rękę. Wyjazd zaplanowaliśmy na sierpień – z uwagi na sprawy zawodowe dwojga przyjaciół, którzy mieli nam towarzyszyć. Niestety, w ostatniej chwili skomplikowany zbieg okoliczności zmusił ich do wycofania się z projektu i w efekcie podróżowaliśmy we dwoje.
Analiza właściwych map i źródeł dała nam wyobrażenie o tym, jaki jest układ i (nie)dostępność tego wciąż mało odwiedzanego regionu, położonego przy tybetańskiej granicy w północno-wschodnim zakątku indyjskiego stanu Himachal Pradesh. Podróżowanie tutaj stało się możliwe dopiero w latach 90. XX wieku, ale nawet teraz na pobyt w odcinku przygranicznym trzeba uzyskać specjalny permit. Szlak naszej wędrówki wyznaczają głębokie wąwozy dwóch rzek: płynącego na zachód Sutleju i łączącej się z nim od północy Spiti.
Rzeka Sutlej stanowi geograficzną oś regionu Kinnaur, w którym mieszają się w fascynujący sposób pierwiastki kultur hinduistycznej i buddyjskiej. Spiti jest wyłącznie buddyjskie i wraz z pobliskim Ladakh tworzy teren, gdzie tysiąc lat temu mnich Rinczen Zangpo zbudował 108 gomp, czyli buddyjskich świątyń. Niektóre z nich zachowały się do dzisiaj, pełniąc funkcje wciąż żywych ośrodków religii i dawnej tybetańskiej kultury, niszczonej przez Chińczyków po drugiej stronie granicy. Oba regiony leżą wśród sześciotysięczników i wysokich przełęczy, przez które wiodą zaawansowane trasy trekkingowe. Trudno o lepsze miejsce na wakacyjny pobyt.

„Rządowa” agencja nie odpuszcza
Nasza podróż zaczyna się od Shimli, dokąd dotarliśmy zabytkową kolejką wąskotorową z Kalki. Droga z Delhi do Kalki nie jest ciekawa, aczkolwiek dla przestrogi warto wspomnieć przygodę, która spotkała nas wcześnie rano na dworcu New Delhi. Ponoć bardzo symptomatyczną.
Wysiadając z taksówki, wpadamy prosto w jegomościa popychającego nas, lekko zmęczonych i ogłupiałych, do wejścia, w którym ktoś stanowczym tonem żąda od nas okazania biletów. Kojarzy się to nam z antyterrorystycznymi procedurami bezpieczeństwa, więc jak posłuszne owieczki wydobywamy nasze zamówione on-line bilety.
– Czyli macie bilety na godzinę 17.15 – mówi typek. – Ale niestety wasz pociąg ma dziewięć godzin opóźnienia. Większość pociągów jest teraz spóźnionych. Monsun – wyjaśnia. Zaraz jednak pociesza. – Trzeba się udać do rządowego biura turystycznego. Zwrócą wam za bilety i coś wymyślą, może przebukują na inną godzinę.
Błyskawicznie pojawia się motoriksza i za niewielką cenę wiezie nas na
Connaught Place. Choć w głowie zapala się ostrzegawcza lampka, wciąż odczuwam skutki podróżnego ogłupienia. W biurze potwierdzają spóźnienie oraz informacje o braku miejsc na wcześniejszy pociąg o jedenastej. Pada wiele miłych i życzliwych słów – zwrócą nam oczywiście za bilet i proponują jedyną dobrą opcję, samochód z kierowcą, i najlepiej do Srinagaru w Kaszmirze, bo w Shimli bardzo pada. Lampka w głowie zmienia kolor na czerwony.
– Niestety nie stać nas na samochód – oświadczam. – Poczekamy na nasz pociąg.
Po krótkiej wymianie zdań, wobec naszej stanowczej postawy, atmosfera się zagęszcza. – A czekajcie sobie całą noc na pociąg, chcieliśmy pomóc – pracownicy biura momentalnie przestają być życzliwi.
W drodze powrotnej na dworzec trafia się nam jeszcze jedna taka agencja „rządowa”, proponująca tym razem minibus. Na dworcu, w prawdziwym biurze rządowym na pierwszym piętrze, wyjaśniamy sprawę rzekomego spóźnienia. Pociąg oczywiście odjechał o czasie.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Indie

Zobacz też