Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Tatry Zachodnie

W pogoni za spokojem

NPM 11/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Grzegorz Stodolny
Podejście z Błyszcza (2158 m n.p.m.) na Bystrą (2248 m n.p.m.). Po lewej stronie najwyższy szczyt polskiej części Tatr Zachodnich – Starorobociański Wierch (2176 m n.p.m.) (fot. Grzegorz Stodolny)
Po wakacjach w Alpach Szwajcarskich nabrałem ochoty na przebycie jakiejś tatrzańskiej trasy. Wszak otoczenie alpejskich czterotysięczników właśnie Tatry mi przypominało i dlatego tak mocno za nimi zatęskniłem. Ale ponieważ nawet jesienią szlaki po naszej stronie pękają w szwach, to szukając ciszy i spokoju, wybieram zapomniane nieco okolice Bystrej na Słowacji.

Chętnych na wyjazd znajduję bez problemu. Z Kaśką, Michałem oraz Arturem dogadujemy godzinę wyjazdu z Krakowa. Potem już wszystko idzie jak z płatka: spanie, pobudka, samochód, Zakopianka, zakręty na tatrzańskiej Drodze Młodości i cała ekipa około godziny dziewiątej rano ląduje w Podbańskiej. Pierwszy widok, jaki nas wita zaraz przed wejściem na szlak, to mężczyzna ciągnący za sobą po leśnej ścieżce… walizkę na kółkach. Ma bardzo kwaśną minę. Chyba zdaje sobie sprawę, że w tych pięknych okolicznościach przyrody wygląda dość komicznie. Moje próby powstrzymania głośnej drwiny skutecznie udaremnia Michał, który jako pierwszy wybucha głośnym śmiechem. Mężczyzna wydaje się być jeszcze bardziej niezadowolony.
– Ciekawe, czy z tą walizką wszedł na szczyt – komentuje szyderczo Michał, rozpoczynając wywód o ogromnym ruchu w Tatrach i ich zadeptywaniu przez wakacyjnych turystów.

Szlak zbójników i przemytników
Niebieski szlak wprowadza nas w lasy Kamienistej Doliny, którą powoli zaczynamy się piąć do góry. Leśna ścieżka przecina co jakiś czas Kamienisty Potok, przez który, jak sama nazwa wskazuje, najłatwiej przedostać się leżącymi na jego dnie kamieniami. Drzewa dość szybko stają się coraz rzadsze, ich miejsce zajmuje natomiast nieco niższa roślinność. Ścieżka jest dość dzika i pozarastana. Na kilku jej odcinkach mamy nawet problem z przejściem, bo na szlaku zalegają gałęzie drzew.
– No, to mamy małe safari – śmieje się Artur, tonąc w zielonym morzu prawie po same barki.
Kroczymy niczym bohaterowie „Legendy Tatr” Kazimierza Tetmajera i pewnie jak on sam. Kiedy wychodzimy nieco wyżej, naszym oczom ukazuje się Hliński Wierch (1863 m n.p.m.) wraz ze swoją granią po prawej stronie. Z lewej natomiast coraz wyraźniej dostrzegamy grań Bystrej (2248 m n.p.m.), najwyższego szczytu słowackich Tatr Zachodnich. To nasz dzisiejszy cel. Z każdym krokiem paprocie i trawy stają się coraz niższe, a widoki zostają zdominowane przez stare, zarośnięte już kosodrzewiną pastwiska. Tuż przed wejściem na Pyszniańską Przełęcz (1788 m n.p.m.) postanawiamy – jak kiedyś owce – popaść się trochę na okolicznych łąkach. Czas nas nie goni, więc spokojnie możemy rozłożyć się na trawce i pooglądać chmury. Do tego czekoladowe precelki i sok pomarańczowy na drugie śniadanie sprawiają, że szybko zapominamy o codziennej gonitwie za uciekającym czasem. W takich chwilach tak naprawdę najbardziej docenia się góry, gdzie można usiąść i pomilczeć, w oddali nie słysząc nic poza szumem wiatru. Myśl o tym, że na wejście na Giewont oddalony od nas o kilkanaście kilometrów trzeba by w tym momencie czekać w długiej kolejce napawa mnie przerażeniem i smutkiem. Ale równocześnie cieszy, że mimo zgiełku udało się znaleźć bezludną wyspę w morzu tatrzańskich szczytów.

(...)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.