Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Cudze chwalicie… | Tatry Zachodnie

W pogoni za słońcem

Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Anna Atraszkiewicz
Tak niezwykłe kolory oferuje tatrzańskie niebo tylko przez chwilę i tylko tym, którzy nie lubią długo spać ( fot. Marcin Atraszkiewicz)
Muszę iść. Robię krok, stając na przednich zębach raków, w pośpiechu dostawiam drugą nogę. Ślisko. Nie! – Wykrzykuję w momencie, gdy obie nogi wyjeżdżają ze stopnia. I nie ma już czasu na myślenie,

nie ma czasu na krzyk. Tak po prostu. W zawrotnym pędzie spadam…

Dokładnie nie pamiętam, jak to się stało i kiedy tu trafiłam. Nagle przede mną spiętrzyła się ta przeklęta grań. Śladowe ilości śniegu, spod którego wystawał wąski mur skał, pogrzebały mój punkt zaczepienia. W dosłownym znaczeniu tego słowa.
Trudno w litej skale znaleźć oparcie dla raków. Trudno utrzymać równowagę na ostrej jak żyleta grani. Rozglądam się wokół. Nie ma już nikogo. Boję się zrobić krok w przód, ale wiem też, że tylko idąc przed siebie, minę najgorsze trudności i dogonię moich towarzyszy. Nie mamy liny, nie mamy żadnej asekuracji, więc nikt przecież mi nie pomoże, nawet jeśliby na mnie zaczekał.
– Trudno – myślę, przełykając gorycz i rozczarowanie, że ludzie, którym ufam, zostawili mnie tu samą. – Muszę iść. Robię krok, stając na przednich zębach raków, w pośpiechu dostawiam drugą nogę. Ślisko. Nie! – wykrzykuję w momencie, gdy obie nogi wyjeżdżają ze stopnia. I nie ma już czasu na myślenie, nie ma czasu na krzyk. Tak po prostu. W zawrotnym pędzie spadam…
Nie wiem, co było dalej. W tym momencie z opresji wybawił mnie głośny dźwięk budzika. Zadzwonił dokładnie wtedy, gdy zaczęłam krzyczeć. Otwieram powoli oczy, mając nadzieję, że wszystko, co przed chwilą mi się przydarzyło – było tylko snem.
– Już dobrze… – spokojny głos Marcina, stojącego nad moim łóżkiem, pozwala mi uwierzyć, że tamto nigdy się nie wydarzyło.
– Miałam sen, straszny. Śniły mi się góry, z których spadłam… – zaczynam wspominać koszmar sprzed chwili.
– To tylko sen. Musimy już wstawać, jeśli chcesz zdążyć na wschód słońca.
– Chcę – odpowiadam bez zastanowienia, optymistycznie udając, że właśnie zapominam o tym, co mi się przyśniło.
Niestety jestem przesądna i wiem już, że ten koszmar będzie mnie prześladował przez cały dzień w górach. I choć na żadnej stromiźnie się nie znajdę, bo idziemy w Tatry Zachodnie, myśl, że tamten obraz był proroczy, z pewnością nie da mi spokoju.

Poranny spektakl
Trzecia nad ranem, choć – jak na prawdziwego śpiocha przystało – nazwałabym ją trzecią w nocy, to doprawdy nie najlepsza godzina na wychodzenie w góry. Schronisko w Dolinie Chochołowskiej co prawda nie jest teraz zatłoczone, ale ze względu na lokatora w pokoju, który smacznie już śpi po moim krzyku, kiedy zerwał się na równe nogi, musimy jeść śniadanie w półmroku. Herbata, którą zaparzyliśmy wieczorem w termosie, jeszcze gorąca. Czołówką oświetlamy ciemny i ciepły pokój. Tę oazę jednak trzeba już opuścić. A za oknem? Za oknem migoczą gwiazdy. A to oznacza, że będzie bardzo zimno.
Opuszczamy schronisko około 3.30. Za wcześnie, jak się później okaże, ale nie planujemy się spieszyć, w końcu nasz cel, czyli Grześ, to tak naprawdę rzut beretem ze schroniska. Na żółtym szlaku, który zaczyna się tuż za budynkiem, stajemy zupełnie sami.
– I pomyśleć, że za kilka godzin będą tu prawdziwe tłumy – radośnie zauważa Marcin.
Z całą pewnością mogłabym polecić ten szlak początkującym tatrzańskim turystom. Zarówno latem, jak i zimą. Krótkie, dobrze oznakowane podejście nie nastręcza większych trudności i wyprowadza na doskonały widokowo punkt. Zimą, nawet po dużych opadach śniegu, szlak na Grzesia, a nawet dalej, na Rakoń i Wołowiec, jest zawsze dobrze przedeptany. Nawet nie mając doskonale nieprzemakalnych zimowych butów, idąc po tak udeptanej ścieżce, nie ryzykujemy przemoczenia ani zapadania się w śniegu po pas. Gorzej przy złej widoczności i mgle. Wtedy wyjście na sam szczyt Grzesia staje się trudne orientacyjnie.
Niestety, jest na tyle zimno, że tylko będąc w ruchu, jesteśmy w stanie znieść mróz. Dlatego nie planujemy postojów i po godzinie z minutami jesteśmy na wierzchołku Grzesia (1653 m n.p.m.). Jest dopiero 4.45. Zupełna noc. A ja przypominam sobie, że zimą wschody słońca zaczynają się dopiero po szóstej rano. Szkoda, że tak późno, ale trudno – coś trzeba będzie robić, aby się rozgrzać.
Pół godziny później siedzimy pod wierzchołkiem, pomiędzy kosówkami. Znaleźliśmy miejsce, do którego nie dociera szalejący u góry wiatr. Tam, na szczycie, po prostu nie da się tego wytrzymać. Widok z kosówek nie jest w sumie taki zły. Liczne światła podtatrzańskich miejscowości przyciągają wzrok, pozwalając tym samym skupić myśli na czymś znacznie przyjemniejszym niż mróz i wiatr. Jednak siedzenie w miejscu i wyczekiwanie słońca, które przyniesie ciepło i szeroko pojęte ukojenie, wywołuje kuriozalne sytuacje.
– Która godzina? – pytam z pewną już nutą znudzenia.
Wygrzebanie telefonu z kieszeni w łapawicach jest niemożliwe, Marcin naprawdę się poświęca, aby odpowiedzieć na moje pytanie.
– Piąta dziesięć – wreszcie udaje mu się odszukać telefon.
Cóż. Siedzimy dalej, czekamy, szczękamy zębami z zimna. Nawet nie rozmawiamy. Mija cała wieczność. Wypatruję pierwszych oznak świtania na wschodzie. Bez skutku. Nadal czarna noc.

(…)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”