Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Rozmowa | Marzena Sadłoń

W naszym życiu jest dużo radości

NPM 11/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Jakub Terakowski
()
Marzena Sadłoń, mama 6-letniego Arka i autorka bloga nakolkach.com

Trudno się z Tobą umówić...
Rzeczywiście, ostatnio czas nie jest moim sprzymierzeńcem. Właśnie jednak odwiozłam Arka na ćwiczenia, więc mam wolną chwilę.

Co to za ćwiczenia?
Usprawniające, poprawiające mobilność.

Bo Arek...
Urodził się z rozszczepem kręgosłupa. Ma niedowład nóg, jeździ na wózku. W maju skończył sześć lat, rozwija się prawidłowo. To schorzenie nie powoduje zaburzeń umysłowych.

Morskie Oko było idealne Blog, który prowadzisz istnieje od dawna, lecz furorę zrobił w styczniu, dzięki Waszej wycieczce nad Morskie Oko.
Tego nie było w planach. To traf chciał, że nasza wycieczka zbiegła się w czasie z doniesieniami o grupie turystów „uwięzionych” na Włosienicy i wzywających na pomoc TOPR. Nie miałam o tym pojęcia, nie oglądamy telewizji.

Takie zainteresowanie mediów to miła niespodzianka.
Z jednej strony tak, z drugiej nie. Nie zabiegamy o zainteresowanie, więc trochę niekomfortowo czuliśmy się w tej sytuacji. Poza tym każdy dziennikarz chciał usłyszeć, że jesteśmy przeciwko wykorzystywaniu koni. A ja uważam, że to sprawa sumienia turystów. Nikogo nie chciałam zawstydzać, pouczać, krytykować i oceniać. Nie chciałam też przy sposobności lansować się, nie po to poszliśmy nad Morskie Oko.

A po co?
Aby zobaczyć Morskie Oko. Arek nigdy tam nie był, ja też nie. Akurat mieliśmy wtedy jedyny wolny termin, tak się złożyło. Nazajutrz opublikowałam na blogu relację, ktoś zwrócił na nią uwagę, zostało to podchwycone i poszło dalej.

To była Wasza pierwsza wycieczka w góry?
Tak.

Dlaczego właśnie nad Morskie Oko?
Bo prowadzi tam wygodna dla wózków droga – asfalt od parkingu aż do samego końca.
Dziewięć kilometrów długości i czterysta metrów różnicy wzniesień. Sporo, nawet bez wózka...
Nie narzekamy na kondycję, chociaż przyznaję, że po powrocie ręce, nogi i plecy bolały nas bardziej niż po codziennym spacerze. To była najdłuższa i najtrudniejsza z naszych dotychczasowych wycieczek.

Pchaliście wózek na zmianę?
Teoretycznie tak, ale Adam znacznie więcej... (śmiech). A na krótkich, płaskich odcinkach Arek poruszał się samodzielnie.

Liczyliście się z tym, że możecie nie dojść?
Nie, tego w ogóle nie braliśmy pod uwagę. Mieliśmy czas, prowiant, ekwipunek, a pogoda nam sprzyjała, więc nie braliśmy w ogóle pod uwagę, że możemy tam nie dotrzeć.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też