Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

W kraterze mieszka demon

NPM 7/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Bohdan Kuliński
Widok spod wierzchołka Pico del Teide na Pico Viejo (3134 m) i wyspę La Gomera (fot. Bohdan Kuliński)
Najwyższy szczyt Hiszpanii, najwyższy szczyt na atlantyckiej wyspie, najdłuższy cień na świecie, najwyżej położony nocleg w Hiszpanii, prawie 7500 m wysokości od dna oceanu. Oto centralny punkt Teneryfy – wulkan Pico del Teide (3718 m n.p.m.).

Na Wyspy Kanaryjskie pojechaliśmy w ramach podróży poślubnej. Wybierając Teneryfę, kierowaliśmy się przede wszystkim temperaturą panującą na wyspie i jej walorami turystycznymi. Jako że jesteśmy górołazami, Pico del Teide stał się naszym naturalnym celem.

Gdzie leziesz, szalony!
Naszą wędrówkę ku szczytowi zaczynamy około godziny 7.30 na plaży w Puerto de Santiago, w zachodniej części wyspy. Nie chcemy wypożyczać na kilka dni samochodu, więc decydujemy się dostać na początek szlaku autobusem. Z naszej części wyspy kursuje on raz dziennie. Wskutek nieznajomości systemu komunikacji na Teneryfie, korków oraz tego, że nasz autobus odwiedza chyba wszystkie możliwe przysiółki, na miejsce przesiadki docieramy 10 minut po czasie. Nastrój mamy taki, jakby nasza reprezentacja przegrała w doliczonym czasie gry z San Marino. Agata zaczyna nawet snuć plany przyszłorocznej podróży tanią linią lotniczą.
– Nie ma mowy! – protestuję.
Szybko zwalczam marazm w zespole i przy akompaniamencie tekstów w rodzaju „Gdzie leziesz, szalony!” wyprowadzam nas na drogę wiodącą ku celowi.
Rozpoczynamy łapanie okazji. Ruch na trasie jest całkiem spory, ale efekty naszego machania tymczasem są mizerne. Mieszkańców mało, a turyści w wypożyczonych samochodach jakby nas nie widzieli. Ustalamy, że jak do godziny 12 nic nie złapiemy, odpuszczamy. Z opresji wybawia nas mieszkaniec La Escalony. I choć cel jego podróży nie leży nawet w jednej trzeciej odległości od naszego, nie kaprysimy, tylko od razu wskakujemy do auta. Wysłużona i trzeszcząca toyota wynosi nas kolejne metry w górę, grożąc rozsypaniem się na każdym zakręcie. W ten sposób docieramy na wysokość około 1000 m n.p.m. Tymczasem ruch na drodze całkowicie zamiera. Na domiar złego zaczyna mżyć.
– No pięknie... – kwituję naszą sytuację.
Zrezygnowani zaczynamy się rozglądać za przystankiem w kierunku powrotnym, gdy zatrzymuje się obok nas kierowca białego volkswagena. Okazuje się, że to nasz sąsiad zza Odry, któremu towarzyszy Afganka. W tak egzotycznym składzie pokonujemy dalsze metry wysokości, przebijając się przez gęstą warstwę chmur. Powyżej 2000 m pojawiają się połacie sosny kanaryjskiej, następnie naszym oczom ukazuje się miejscowość La Sombrera, a na koniec trafiamy do kaldery wulkanu. Nasz wybawca, przejęty opowieścią o spóźnieniu, specjalnie nadkłada drogi, by zawieźć nas na miejsce startu pieszej wędrówki. W ten sposób, z prawie trzygodzinnym opóźnieniem, znajdujemy się na bezpłatnym parkingu Montaña Blanca (około 2350 m n.p.m.), biorącym swoją nazwę od górującego nad nim szczytu (2747 m n.p.m.).

Zdążyć przed zmrokiem
Stając pod tablicą informacyjną, uświadamiamy sobie, że w porannym amoku nie zrobiliśmy zakupów. Za prowiant na dziś muszą nam więc starczyć cztery kanapki, parę batonów, zupki w proszku i dwie butelki wody. Niezrażeni tym faktem ruszamy szlakiem numer 7. Początkowo podążamy łagodnie wznoszącą się szeroką drogą okrążającą Montaña Blancę. Ten odcinek można raczej przyrównać do spaceru, mającego na celu przyzwyczajenie nas do otaczającego krajobrazu. Co chwila robię zdjęcia, uwieczniając rozmaite konfiguracje różnokolorowej lawy i szybko przemieszczających się chmur. Po mniej więcej 40 minutach docieramy do zwornika szlaków. Estetyczna tablica informuje nas o położeniu oraz o tym, co nas czeka. Bierzemy głębszy oddech i ruszamy przed siebie.
Długimi zakosami zaczynamy nabierać wysokości. Po drodze mijamy tzw. jaja Teide – sporej wielkości okrągłe czarne głazy wyrzucone z krateru wulkanu podczas erupcji w 1706 roku. Jęzory zastygłej lawy i leżące dokoła „kamyczki” wywołują w nas pragnienie, żeby nie znaleźć się tutaj w nieodpowiednim czasie. Po mniej więcej półgodzinie szeroka droga kończy się u stóp właściwego zbocza wulkanu. Czubek Teide – jak na razie – niestety cały jest w chmurach.
Od tego miejsca szlak zaczyna nam przypominać niektóre tatrzańskie podejścia. Krótkie i dość intensywne zakosy nie są może szczególnie trudne techniczne, ale trzeba pamiętać, że właściwe podejście zaczęliśmy znacznie powyżej naszych Rysów, a i ograniczona dostępność tlenu, wiatr oraz obniżająca się temperatura nie pomagają. Z tego też powodu tempo z początków wędrówki nieco nam spada. Niemniej grubo przed piątą udaje się nam dotrzeć do Refugio Altavista (3260 m n.p.m.). Widok schroniska wyzwala w Agacie skrywane dotąd siły i radość. Jako że do godziny otwarcia sal do spania pozostało jeszcze trochę czasu, postanawiamy oddać się fotografowaniu okolic. Do dłuższej eksploracji zniechęcają nas jednak niekorzystne już o tej porze temperatura i wiatr i w rezultacie po chwili chowamy się przed nimi w przedsionku Altavisty.

(...)

Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też