Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Macedonia

W krainie protościeżek

NPM 3/2015
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Karol Pytlewski
Apartament nad jeziorem Livadica z widoczną najkrótszą drogą na grań (fot. Karol Pytlewski)
Pustka gór wystawia na próbę nie tylko kondycję fizyczną, ale także umiejętności nawigacji i porozumiewania się na migi. Kształtuje również determinację i cierpliwość, gdy ścieżki rozmijają się z planem. Wizyta w Šar Planinie może nieco odmienić wizję górskich wędrówek.

Ścieżka zawsze prowadzi tak, jak wędrują nasze chęci, nie zaś tam, gdzie widzą ją nasze oczy. Często wiedzie do oddalonych miejsc, z których niełatwo wrócić w doliny. Aby nią podążać, zmuszeni jesteśmy nieść na plecach całe wymyślne wyposażenie swojego tymczasowego domu. Na czas wędrówki jego ścianami staje się wiatr, niebo natomiast – dachem. Namiot jest jedynie nietrwałym substytutem w momencie, w którym tylko przyroda daje nam pewność swojej ciągłości.
Wielbicielom modnej ostatnio filozofii „light & fast” powyższe treści wydać się mogą herezją. Jednak zgodnie z twierdzeniem, że każdemu jego chodzenie, my wybraliśmy jej przeciwieństwo. Może nasza historia będzie zaczątkiem pokochania filozofii „slow & heavy”, która pozwala na poszerzoną percepcję gór? W jej wdrażaniu ogromnie pomocne są tereny pełne ścieżek istniejących tylko pozornie – niezwykle ulotnych i jakby nieprzekonanych o swoim istnieniu.

Przedgórze
Wzmagający się wiatr popycha coraz to ciemniejsze chmury, zwiastując rychłe nadejście burzy. Stary, rozklekotany pociąg, posapując, wjeżdża na peron. Sprawia wrażenie, jakby chwila postoju przynosiła mu niezwykłą ulgę w cierpiętniczej drodze przez góry ze Skopja do Gostiwaru. Ulgę odczuwamy również my, z radością uwalniając się z zatłoczonego wnętrza wagonu. Na chwilę, zanim zdecydujemy się na kierunek marszu, zatrzymuje nas uroda stacji Orašje, będącej niewielką polaną wśród gęstych zarośli, z paskiem udeptanej ziemi prześwitującej w trawie przy torach.
Nasilające się objawy meteopatycznej przypadłości Gosi potwierdzają przypuszczenia o nadciągającej burzy. W pierwszych kroplach deszczu, tuż za stacją, znajdujemy schronienie pod wiaduktem. Dołącza do nas dwóch miejscowych Albańczyków, z którymi trenujemy język migowy w wersji uproszczonej. Kierowca jednego z przejeżdżających samochodów proponuje nam podwózkę. Nie kryjąc radości, wskakujemy do środka. To, co zostawiamy na zewnątrz, wykracza już poza definicję deszczu.
Dzięki uprzejmości swoich chwilowych gospodarzy oszczędzamy kilka godzin dreptania do podnóża gór. Wysiadamy przy cmentarzu w wiosce Staro Selo, gdy światło ostatkami sił próbuje przebijać się przez chmury. Chcąc zaoszczędzić namiotowi moknięcia, decydujemy się na nocleg pod zadaszeniem przycmentarnej cerkwi. Przed snem oglądamy jeszcze mapę, próbując ustalić jakkolwiek realny plan na kolejny dzień.

Melony w pastylkach
Budzimy się z pierwszymi promieniami słońca, ospale wyglądającego zza poprzerywanych gdzieniegdzie chmur. Godzinę później, pełni entuzjazmu, ruszamy szeroką drogą w górę doliny. Niespodziewanie pojawia się nawet szlak, którego przebieg powinien się pokrywać z zaplanowaną przez nas trasą.
Konsekwencją zakupów na targu w Skopju są wrzynające się w ramiona szelki. Każdy kolejny krok zmienia się w walkę, jakbyśmy szli po kolana w smole...
– Arbuza nam się zachciało – pomrukujemy, bo powoli zaczyna brakować nam tchu.
Owoc szybko staje się powodem przerwy. W czeluściach naszych plecaków jest niestety również melon, ale postanawiamy zostawić go na później, co czyni go solidną motywacją do zdobywania kolejnych metrów.
Wreszcie, po kilku godzinach, wychodzimy z lasu, który kończy się nagle, jakby jakaś niewidzialna siła wstrzymywała potężne buki przed dalszą wspinaczką. A może same przyczaiły się w zagłębieniach terenu, chcąc jedynie odpocząć? Ulegamy wrażeniu, że gdy tylko odwracamy wzrok, powoli podążają naszym śladem. Jakby grały z nami w „raz, dwa, trzy – baba-jaga patrzy”.
Tuż nad lasem mijamy zabudowania nieczynnego schroniska, zdającego się strzec gór przed natarczywymi drzewami. Odtąd wąską już ścieżką pniemy się coraz stromiej początkowo niewyraźnym, bocznym grzbietem. Zaczynają dochodzić do nas odległe jeszcze pomruki, a chmury zalegające dotąd w dolinach gwałtownie szybują w górę. Dochodząc do rozwidlenia, musimy szybko podjąć decyzję, dokąd iść dalej. Wybór ograniczają nam dwie ścieżki: jedna wiedzie w górę na Ljuboten (2498 m n.p.m.), druga, trawersując jego stoki, wyprowadza na szerokie, trawiaste siodło w głównej grani. Wzmagające się złowrogie odgłosy burzy determinują werdykt. Rezygnując ze zdobywania szczytu, zyskujemy jednak widoki na majestatyczne, wapienne skały, pomiędzy którymi wiedzie nasz szlak. Liczne, nieduże stadka owiec i pilnujący ich pasterz wyłaniają się na moment z wciąż gęstniejących chmur, na dobre otulających już całą okolicę.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też