Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Spitsbergen

W krainie białych niedźwiedzi

NPM 11/2011
Numer wyprzedany
Autor:
Dariusz Gawroski
W drodze na lodowiec przez labirynt rzek i pełzające warstwy gruntu ( fot. Dariusz Gawroński)
Podnieść się z miejsca widza spektaklu, co zwie się życiem, i odrzucić wszystko, co cywilizacja niesie ze sobą, z jej dobrodziejstwami nasyconymi projekcjami cudzych doznań, dostarczanych przez telewizję, poszukiwaniem szczęścia w wycieczkach do marketów, z problemami dnia codziennego. Czy świadomość pozwoli na jeden krok więcej?

W ostatnich dniach czerwca, po ośmiu miesiącach przygotowań wyruszam wraz z siedmiorgiem innych podróżników – Magdą Słupińską, Krzysztofem Bociągiem (Białym), Leszkiem Czulukiem (Leniu), Andrzejem Czulukiem, Józkiem Gurgulem i Waldkiem Owczarkiem (Waldim), pod kierownictwem Stanisława Misztala (Hwieju), w odległe rejony poza koło podbiegunowe. Celem naszej wyprawy jest Spitsbergen. Zdani tylko na siebie będziemy kroczyć po dziewiczych terenach Wyspy Księcia Karola z jej najwyższymi szczytami oraz po Ziemi Oskara II. Ostatnie świadectwo pobytu Polaków w tym miejscu to wyprawa z 1979 roku – grupa śmiałków szła wtedy główną granią wyspy. Naszym celem jest trawers z południa na północ, będziemy kroczyć na przemian po zachodnim i wschodnim wybrzeżu.

Niemy świadek cywilizacji
Lecimy z przesiadkami do stolicy Spitsbergenu – Longyearbyen. Zza szyby samolotu już widać ośnieżone szczyty. Po wylądowaniu rozmieszczamy rzeczy na jachcie s/y Eltanin. Miejsce, do którego płyniemy, oddalone jest o 60 mil żeglugi wypełnionej naszymi ostatnimi chwilami „błogiego nicnierobienia”. Gdy dopływamy do brzegu po 12 godzinach, u bram Arktyki wita nas widok wynurzającej się płetwy wieloryba, wizualna namiastka tego, czego ma nam dostarczyć daleka Północ przez najbliższe 300 kilometrów wędrówki.
Pierwszego dnia lipca stajemy na lądzie, gdzie życie toczy się w niezmienionej formie od setek lat, a rolę gospodarza odgrywa niedźwiedź polarny wraz ze swoją świtą w postaci reniferów, morsów, fok oraz niezliczonych kolonii ptactwa. Ziemia Księcia Karola jest wrzecionowatego kształtu wyspą, pokrytą w większości przez góry, wielkością swoją mogące równać się z naszym Beskidem Niskim. Lecz to ich jedyna wspólna cecha. Te wyrastające wprost z morza spiczaste szczyty, niedostępne w swej formie przez piarżyste zbocza, nawisy śnieżne i lodospady, bliższe swym wyglądem są alpejskim czterotysięcznikom niż Beskidom.
Już przy pierwszych krokach marszu pobieramy lekcje od matki natury. Rybitwy w obronie swoich pociech przypuszczają ofensywę na nasze głowy. Ale od czego są kijki trekkingowe? Osłaniamy się więc przed ostrymi dziobami ptaków, zadziwieni ich tupetem. Po zaledwie godzinie marszu docieramy do stanowiska morsów. Aparaty idą w ruch. Wzorując się na japońskiej szkole fotografii turystycznej, rozgrzewamy migawki do czerwoności. Ale dość! Trzeba przecież iść dalej. Dziś mamy zamiar nocować u podnóża szczytu Kamtinden (502 m n.p.m.). Kilometrów przybywa, tylko góry coś nie chcą się zbliżyć. To efekt niesamowitej przejrzystości powietrza. Na tej wyprawie często będziemy wpadać w takie pułapki. Wielokrotnie wędrując godzinami, będziemy mieć wrażenie, że punkty odniesienia ukradkiem idą razem z nami.
Ten dzień przynosi jeszcze jedną niespodziankę. Gdy około godziny 17 zaczynamy rozbijać obóz, dostrzegamy w pobliżu dziwny kształt.
– To chyba niedźwiedź – niepewnie mówi Andrew.
– Zakład, że to skała?! – wykrzykuje Waldi.
– Oj panowie, to przecież ewidentnie bryła lodu – odpowiadam z pewnością w głosie.
Wyruszamy więc razem w kierunku tajemniczego obiektu w celu zaspokojenia ciekawości, podczas gdy Hwieju, Magda i Józek filmują położone wysoko w górach ptasie gniazda. Po dojściu na miejsce okazuje się, że są to... szczątki samolotu. Z tabliczki odczytuję nazwę Breguet 1150. Później dowiemy się, że był to samolot bojowy, który rozbił się w tym miejscu w 1967 roku.
Kolejny dzień wędrujemy zachodnim wybrzeżem u stóp gór spowitych chmurami. Mamy zamiar dojść pod szczyt Alasdairhornet (525 m n.p.m.). W podmokłym terenie tundry zapadamy się po kostki. Do tego pogoda poprzez swoje zmiany funduje nam całe spektrum doznań. Z jednej strony padające deszcze horyzontalne, temperatura bliska zeru stopni, opady śniegu i przenikliwy wiatr, a na przeciwwadze słońce muskające promieniami, w którego świetle tutejsza fauna i flora zachwycają swoimi widokami. I tak każdego dnia. Choć ciężko tu rozgraniczyć dzień od nocy, gdyż ta występuje tylko z nazwy, a czas naszej aktywności wyznaczają umownie tylko wskazówki zegara. Słońce zaś w swej arktycznej przewrotności potrafi tutaj pierwszy raz w ciągu doby pokazać się dopiero o godzinie 23.40.

(…)

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też