Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Widziane z gór | Adam Bielecki

W Himalajach jestem przedszkolakiem

NPM 2/2013
Numer wyprzedany
Autor:
Adam Bielecki
( FOT. AGNIESZKA BIELECKA)
Kiedy wymarzyłem sobie góry wysokie? Tego nie pamiętają najstarsi górale. Ale już od dziecka na pytania, kim chcę być w przyszłości, odpowiadałem, że alpinistą.

W skałach zacząłem się wspinać w wieku 13 lat, dwa lata później doszły Tatry, a potem Alpy. W wieku 17 lat byłem na 7 tysiącach i dalej trenowałem i trenuję, żeby zdobyć jak najwięcej doświadczenia. W wieku 29 lat wciąż jeszcze jestem w Himalajach przedszkolakiem. Ale ubiegły rok był niezwykle udany, chociaż nadal trudno w to wszystko uwierzyć. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy udało mi się zdobyć dwie bardzo honorne góry. Najpierw było zimowe wejście na Gaszerbrum I, potem K2. A do tego wziąłem ślub. Dużo się w moim życiu wydarzyło i bardzo się ono zmieniło. Z osoby obserwującej z boku dokonania wielkich himalaistów nagle sam stałem się himalaistą.

Himalajski celebryta?
Nigdy nie myślałem o sobie w kategoriach celebryty, ale wygląda to tak, jakbym nagle stał się takim górskim celebrytą. Ludzie chcą robić sobie ze mną zdjęcia albo proszą mnie o autograf. Natomiast cały czas mnie to jeszcze zawstydza – i to jest chyba dobra oznaka. Tak szybko z osoby nieznanej stałem się osobą znaną, że wciąż jest to dla mnie sytuacja obca. Nie czuję się wielkim himalaistą. Na razie czuję, że jestem młodym początkującym wspinaczem, który odniósł sukcesy, ale mam świadomość, że to dopiero początek górskiej drogi, a nie jakieś spełnienie. Celów na przyszłość na pewno mi nie zabraknie.

Andrzej Zawada
Już jako młody chłopak byłem zafascynowany górami wysokimi. Zanim zacząłem się wspinać, zaczytywałem się w prasie górskiej. Dzisiaj festiwali górskich i okazji do kontaktu z ludźmi gór jest dużo, za mojej młodości tak nie było. Jednym z miejsc, gdzie spotykali się fascynaci i sympatycy gór, było Spotkanie Miłośników Gór i Alpinizmu w Karkonoszach. Te spotkania, choć na mniejszą skalę, odbywają się zresztą do dzisiaj. O ile dobrze pamiętam, po raz pierwszy spotkałem Andrzeja Zawadę w Strzesze Akademickiej. Poznanie osób, o których do tej pory czytałem tylko w książkach, to było wielkie przeżycie. Zachowały się zdjęcia, jak odbieram autograf od Andrzeja Zawady. Dostałem też wtedy od niego beret, który wciąż mam. Całą rodziną zjedliśmy z Andrzejem Zawadą śniadanie i do dzisiaj pamiętam, że były to naleśniki z jagodami. A to tylko świadczy o tym, jak silnym przeżyciem było to spotkanie dla małego chłopca. Takie bezpośrednie spotkania z Krzyśkiem Wielickim, Aleksandrem Lwowem, Ryśkiem Pawłowskim czy właśnie Andrzejem Zawadą ugruntowały i zwiększały moją fascynację górami najwyższymi. Dodały mi też siły, żeby przez wiele lat konsekwentnie dążyć do postawionych sobie w dzieciństwie celów. Stąd tak duży szok, że z osoby, która przez lata zbierała autografy, stałem się tą, która je rozdaje. A ponieważ byłem po drugiej stronie, to wszystko doskonale rozumiem – autografy rozdaję i do zdjęć też chętnie pozuję. Ale jak patrzę na to z zewnątrz, to sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć.

(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też