Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Temat numeru | Jacek Teler i Jarosław Żurawski

W górach liczy się pierwsze miejsce

NPM 4/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Łukasz Długowski
W drodze do Base Camp. Zimowa wyprawa na Nanga Parbat (8125 m n.p.m.), grudzień 2008 r. (FOT. ARCHIWUM JAROSŁAWA ŻURAWSKIEGO)
Z himalaistami Jackiem Telerem i Jarosławem Żurawskim rozmawia Łukasz Długowski  

„Wymówiłem imię żony, modlitwę i przetrwałem” – to cytat z twojego bloga, Jacku. Właśnie to uratowało cię przed śmiercią na K2 w 2006 roku?
Jacek Teler:
– Do ataku szczytowego wyruszyłem równolegle z grupą Rosjan. Mieliśmy 12 godzin przepięknej, słonecznej pogody. Prawie że bez wiatru. Dwójka Rosjan, która przede mną szła, schowała czekany. Jeden z nich robił zdjęcia, drugi na 8350 m n.p.m. palił papierosa. Ja ciągle trzymałem czekan w ręce, chwytałem się każdej liny, która wystawała spod śniegu. Gdy idzie się w grupie, łatwo zapomnieć o tym, że ciągle trzeba się kontrolować. Mając za sobą wiele tygodni samotnej wspinaczki, nie uległem psychologii grupy. Cały czas starałem się trzeźwo myśleć i analizować sytuację. Do szczytu zostało łatwe technicznie 250 metrów. I wtedy się zaczęło. Wyszeptałem imię żony i Jezus Maria. Wymawiając te słowa, jednocześnie lepiej osadziłem czekan w śniegu i zacisnąłem prusik na linie. Po trzech sekundach dotarła do mnie fala uderzeniowa. Zginęło czterech himalaistów.

Jarek, wierzysz w Boga?
Jarosław Żurawski: – Wierzę, ale bez fanatyzmu.

Pytam o to w kontekście słynnej mszy na szczycie Gasherbruma II sprzed 12 lat?
J.Ż.: (śmiech) – Tak się złożyło, że moim partnerem był ksiądz, ale to był przypadek. Wyprawa nie była religijna.

Telewizja Trwam jej nie sponsorowała?
J.Ż.: – Nic z tych rzeczy. Do góry szedłem z księdzem Krzysztofem Gardyną; dobry wspinacz, twardy zawodnik. Z tytułu stosunku służbowego nosił w plecaku kielich. Codziennie odprawiał mszę, w wersji turystycznej trwało to pięć minut. Po wejściu na szczyt Gasherbruma II zdecydował, że odprawi ją i tam. Poprosił mnie, żebym podał mu z plecaka wino i wodę. Trzymał je w małych buteleczkach po whisky, które piliśmy w samolocie.

Komunia też była?
J.Ż.: – Też. To była wyjątkowa wyprawa. Nikt z nas nie pamiętał, aby kiedykolwiek w Himalajach tak długo utrzymywała się piękna pogoda. Myśmy przez 30 dni mieli słońce i błękitne niebo. Dodatkowo wszystkich dziesięciu członków wyprawy weszło na szczyt. Pięciu na Gasherbruma II i pięciu na Gasherbruma I i II. Trzysta procent normy! Możliwe, że dzięki wstawiennictwu księdza, kto wie.

Od jak dawna wspinacie się razem? Pierwszy był Pik Pabiedy?
J.Ż.: – Rzeczywiście, pierwszy raz spotkaliśmy się na Pabiedzie. To było z cztery lata temu.

Obydwaj zmierzyliście się z tą górą po raz trzeci.
J.Ż.: – W 1994 roku byłem tam w celach rozpoznawczych. Rok później kierowałem wyprawą poznańskiego Klubu Wysokogórskiego. Wtedy zrobiliśmy więcej niż planowaliśmy. Weszliśmy na cztery wierzchołki – Chan Tengri (7010 m n.p.m.), pierwsze w historii wejście na Pik Edelweiss (6100 m n.p.m.), pierwsze polskie wejścia na Pabiedę Zachodnią (6819 m n.p.m.) i na Pik Pabiedy (7439 m n.p.m.).
J.T.: – Kiedy Jarek wspinał się pierwszy raz na Pabiedę, ja też debiutowałem w Azji. Ale trafiłem w nieco inne góry. To był między innymi Ałtaj, Pamir i Tien-Szan. W 1998 roku wchodziłem na Chan Tengri. Stojąc samotnie na szczycie, spojrzałem na Pabiedę i zamarzyłem, żeby stanąć na jej szczycie. W 2000 roku próbowałem ją zdobyć z Marcinem Kaczkanem. Piękna wyprawa, sześciodniowy biwak podczas burzy na siedmiu tysiącach. Rok później pojechaliśmy jeszcze raz. Walczyliśmy ostro, ale znowu się nie udało. W 2004 roku powróciłem na Pik Pabiedy i wtedy poznałem Jarka. Ja wszedłem na szczyt, Jarkowi się nie udało. Zaważyły trzy godziny odstępu między nami, które nie pozwoliły im wstrzelić się w okno pogodowe.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też