Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Reportaż | Śladami Andrzeja Stasiuka

W drodze do Babadag

NPM 6/2008
Numer wyprzedany
Autor:
Filip Springer
()
Jak to się stało, że tu siedzę? Tu, w Novej Sedlicy? Patrzę na góry, deszcz i płonące sterty zeschniętych liści. Dotarłem tu dzięki ukraińskiej rodzinie, rumuńskiemu miłośnikowi heavy metalu i zaspanemu kierowcy ciężarówki. Gdzieś za Humenne nabrałem przekonania, że to jedyny dobry wybór. Choć nic tu tak naprawdę nie ma.  

 „Czy jest szla­chet­niej­szy ro­dzaj po­dró­ży niż po­dróż śla­da­mi pi­sa­rza, któ­re­go się po­dzi­wia? Tak, to piel­grzym­ka. Prze­cież piel­grzym­ki to nic in­ne­go, jak star­sze sio­stry po­dró­ży ja­ko ta­kich”
Na dwor­cu w Prze­my­ślu „wę­drow­cy, włó­czę­dzy, tu­ła­cze” z wy­lu­zo­wa­ny­mi mi­na­mi szy­ku­ją się do wej­ścia do au­to­bu­su. Sie­dzą na ple­ca­kach, po­pi­ja­ją wo­dę i zer­ka­ją na sie­bie ze znaw­stwem. Je­den ma na­wet no­tes po­dob­ny do mo­je­go, coś tam w nim pi­sze, tak jak ja. Być mo­że na­wet pi­sze to sa­mo. To zna­czy, że tam sie­dzi ko­leś w nie­bie­skiej ko­szul­ce i pi­sze coś w no­te­sie. I oby­dwaj mo­że na­wet my­śli­my, że pi­sze­my coś zu­peł­nie wy­jąt­ko­we­go. Mam wra­że­nie, że wszy­scy za­raz wy­cią­gną Sta­siu­ka i za­czną „za­ta­piać wzrok w ni­co­ści” i nie po­zo­sta­nie już nic, jak tyl­ko urwać się stąd i wra­cać do do­mu. A prze­cież dro­ga do Ba­ba­dag by­ła na po­łu­dnie stąd.
 
Au­to­bus
„Prze­szłość, te­raź­niej­szość i przy­szłość dzie­ją się tam rów­no­cze­śnie, a roz­pad prze­cha­dza się pod rę­kę ze wzro­stem. No­we, ow­szem, nad­cho­dzi, ale mi­nio­ne rów­nież trwa w naj­lep­sze”
A za­tem skra­plam się w au­to­bu­sie do Su­cza­wy. Bi­let kosz­tu­je za­le­d­wie 100 zło­tych w jed­ną stro­nę, więc ca­ły tył po­jaz­du za­pcha­ny jest tor­ba­mi prze­myt­ni­ków, któ­rzy na po­sto­jach ner­wo­wo prze­pa­ko­wu­ją to­war. Kie­row­ca ma zło­te zę­by, roz­cheł­sta­ną ko­szu­lę i zwy­czaj wy­rzu­ca­nia śmie­ci do ro­wów pod­czas po­sto­jów. Z każ­dym ki­lo­me­trem Ukra­ina gi­nie w mro­ku, a ja na­wet nie spo­glą­dam na ma­pę, by zo­ba­czyć, przez ja­kie mia­sta je­dzie­my. Wszę­dzie ja­kieś fe­sty­ny, chy­ba jest świę­to. Na uli­cach wy­cze­sa­ni mło­dzień­cy i dziew­czy­ny w ta­nich su­kien­kach. Na la­tar­niach żół­to­‑nie­bie­skie fla­gi. Na sce­nach roz­sta­wio­nych w ku­rzu wiej­skich tar­go­wisk wiel­kie bil­l­bo­ar­dy re­kla­mu­ją­ce wód­kę.
Gra­ni­ca w Si­re­cie wy­da­je się zu­peł­nie nie­re­al­na i tyl­ko go­rącz­ko­we roz­mo­wy prze­myt­ni­ków sie­dzą­cych za mną uświa­da­mia­ją mi, że to dzie­je się na­praw­dę. Ukra­iń­ska cel­nicz­ka zło­ści się, gdy ktoś wpi­su­je w wi­zę „to­urist” w ru­bry­ce „cel”. Ma być „tran­zyt”, bo na Ukra­inie nikt się nie chce za­trzy­my­wać. Wszy­scy ja­dą do Ru­mu­nii, a ona spra­wia wra­że­nie, jak­by mia­ła nam to za złe.
 


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też