Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

z biegu wzięte | Piotr Hercog

W bieganiu nie o start i metę chodzi

NPM 7/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Piotr Hercog
(fot. arch. Piotra Hercoga)
Planując projekt Hercog Mountain Challenge, miałem w głowie marzenie, by stawać na liniach startu na różnych szerokościach i długościach geograficznych. Mija już trzeci rok, kiedy udaje mi się wcielać ten plan w życie. Pomaga mi w tym stworzony na przestrzeni wielu lat team.

Zalążek projektu zrodził się w kolei transsyberyjskiej, którą przez 72 godziny podążaliśmy z Moskwy do Irkucka, by za kilka dni wystartować w Baikal Ice Marathon – maratonie po zamarzniętym Bajkale. To był 2015 rok. Zgodnie wtedy stwierdziliśmy, że tak naprawdę nie liczy się cel (w tym przypadku starty), ale droga. Bo jak startować w Maroku, Tanzanii, Japonii, Kirgistanie, Chile, nie zwiedzając ich? Nie starając się poznać lokalnej kuchni albo zwyczajów mieszkańców?
Moje starty zawsze starałem się łączyć z krótszym lub dłuższym pobytem w danym miejscu. W Chile na przykład podczas Ultra Fiord w Patagonii zwiedziliśmy z przyjaciółmi pół kraju! Najpierw rzuciliśmy się na daleką północ, dojeżdżając prawie do granicy z Peru. Celem miały być treningi w Andach oraz zwiedzanie wybitnie księżycowego terenu dzikiej Atacamy. Start planowany był na samym południu w Patagonii. Jak to się skończyło? Rozciągłość południkowa Chile wynosi 4300 kilometrów, więc z wielkiej i ekstremalnej wyprawy zrobiliśmy głównie wycieczkę samochodową. Przyznam – wspaniałą!
Everest Marathon był oczywiście przygodą samą w sobie. Już sam trekking do base campu jest kompletną wycieczką, która kosztuje sporo wysiłku. Wiszące mosty, mijanki z jakami na wąskich ścieżkach i myśli przelatująca przez głowę – albo ja, albo on. W bazie mieliśmy okazję porozmawiać z ludźmi, którzy akurat wybierają się na szczyt i poczuć ducha Himalajów. Poczuć to, co przez wiele lat czuło się, czytając książki górskie.
Nie bez echa pozostał również Lenin Race – na początku trzy tygodnie spędzone w bazie pod jednym ze szczytów Śnieżnej Pantery. Aklimatyzacja polegająca na chodzeniu w tę i z powrotem… z 4400 na 5300 metrów n.p.m. Stamtąd na 6104 metry i znów na dół. I jeszcze raz…, i ponownie. I jeszcze wyżej. A wszystko po to, by startując w biegu, móc w miarę swobodnie oddychać i konkurować z innymi. Ale na to byłem przygotowany.
Co innego, gdy podczas objazdówki po zawodach dojechaliśmy do Arslanbob – kurortu kirgiskiego na miarę polskiego Zakopanego czy francuskiego Chamonix. Tam… wypożyczyliśmy konie i ruszyliśmy w góry. Doświadczenie równie nierzeczywiste, jak przejażdżka na wielbłądzie podczas zawodów w Abu Dhabi. Z tą różnicą, że tutaj koń niósł. A tam – niemalże to ja musiałem nieść wielbłąda. Biedne zwierzę było wycieńczone bardziej tym upałem niż ja, zawodnik.
Albo taka Tanzania i ultramaraton na Kilimandżaro, który dziś wspominam jako odrealnioną bajkę! Safari w poszukiwaniu wielkiej piątki: lwa, słonia, bawoła, nosorożca i lamparta.
(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też