Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Tatry | Słowacja / Niżne Tatry, Kráľova hola i okolice

Útulňa w królewskim wydaniu

NPM 10/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Tunele spiralne, maliny po szyję, prawdziwie alpejskie szlaki rowerowe i spontaniczny koncert na ukulele. Do tego budowle rodem z filmów katastroficznych oraz klimatyczne schrony ze słowackim rapem w tle. Panie i Panowie – zapraszam na podbój Kráľovohoľských Tatier.

Nie po to wlokę się z Poznania osiem godzin, żeby chodzić po chaszczach. Poza tym nie znam nikogo, kto przyjechałby tu na urlop! – słyszę głos dobiegający zza kilkunastu Romów.
I trudno się Tomkowi dziwić. Miały być Tatry Wysokie, skały, kozice, surowy krajobraz i epickie selfie z najwyższymi karpackimi szczytami w tle. A zamiast tego stoimy na przystanku autobusowym u podnóży Niżnych Tatr we wsi Pohorelá. Konia z rzędem temu, kto o niej słyszał. No chyba, że jest miłośnikiem kolei i właśnie jedzie do pobliskiego Čiernego Balogu zobaczyć pociąg przejeżdżający między trybunami a boiskiem piłkarskim w trakcie meczu. Kto nie wierzy, niech sobie poszuka w internecie filmów o klubie TJ Tatran z tej malowniczej wioski. Bo poza tą osobliwością jedyną atrakcją w tych stronach pozostaje Kráľova hola (Królewska Hala, 1946 m n.p.m.) – druga obok tatrzańskiego Krywania (słow. Kriváň, 2494 m n.p.m.) narodowa góra Słowaków, uwieczniona w wielu legendach i opowieściach.
Mimo to przekonywanie Toma i reszty naszej męskiej ekipy do miejscowych szlaków zajęło mi pół wieczoru. A ostateczną decyzję i tak podjęła za nas pogodynka. W rejonie Starego Smokowca (Starý Smokovec), gdzie wynajmujemy kwaterę, od rana leje. Zaś tu, na południe od Popradu – póki co – suchuteńko.

Kolej na krzaking
Parkując przy stacji benzynowej, trudno oprzeć się wrażeniu, że terminy „turysta” i „kosmita” można tu stosować wymiennie. Szansa na spotkanie osobnika z plecakiem jest niewiele większa od możliwości zobaczenia ufoludka, co doskonale widać na przykładzie komunikacji zbiorowej. Żeby zamknąć pętle szlakową pod samochodem, musimy podjechać autobusem do Telgártu. Tym sposobem meldujemy się na pokładzie niezniszczalnej karosy wspólnie z usypiającym kierowcą i wspomnianą ekipą Romów, jadącą na zbieranie grzybów i borówek. Patrzą na nas, jakbyśmy przylecieli z obcej planety. A do tego w radiu na pełny regulator leci Rytmus – gwiazda słowackiego rapu z refrenem „Technotronic flow”. Patron absurdów Sławomir Mrożek byłby zachwycony.
Pół godziny później przy głównym skrzyżowaniu wita nas szlakowskaz oraz kolejna gratka dla amatorów pociągów. Spiralny tunel telgarcki o długości 1239 metrów i promieniu 400 metrów jest ewenementem na skalę międzynarodową. Rozwiązuje on problem 31-metrowej różnicy wysokości, jaką trzeba pokonać przed przełęczą Besník (994 m n.p.m.). Następną perełką jest majestatyczny wiadukt, zbudowany w 1931 roku na trasie o nachyleniu 17 procent. Ale to już tematy na osobny tekst o kolejnictwie. Zwłaszcza, gdy zależy nam na jak najszybszym wyjściu w góry, bo dzisiejsza aura ma tyle wspólnego ze stabilnością, ile poglądy polityków. A skoro ma być szybko i treściwie, to musi boleć już na starcie.
Znaki zielone ciągną się wzdłuż zabudowań Telgártu wprost na cmentarz. I jak to zwykle na Słowacji bywa, na ulicy nie uświadczysz żywej duszy niezależnie od pory dnia. Są rzecz jasna zapoznani Romowie. Ale i oni w kilka sekund rozchodzą się na boki ze swoimi wielkimi koszami. Chyba wiedzą, że zaraz za asfaltem zaczyna się długa dzida w stronę szczytu. Zresztą, któż by się przejmował jakimiś zakosami albo stokówką? Tutaj znakarze nie owijają w bawełnę – ścieżka od razu staje dęba, a my na „dzień dobry” atakujemy zbocze frontalnie. No i Tomek miał rację z chaszczowaniem.
Pierwsza godzina wędrówki mija nam w towarzystwie wszelakiej maści zarośli, starych drzew, pastwisk i zagajników. Odmianę przynosi przecięcie z szeroką leśną drogą, bowiem tuż za nią zaczynamy się gubić na poważnie. Po pierwsze, szlak ma inny przebieg niż na mapie. I ma to zapewne związek z wiatrołomami, których ślady otaczają nas ze wszystkich stron. Po drugie, nabierając wysokości, ładujemy się w sam środek gigantycznych krzewów malin. O znalezieniu jakichkolwiek oznaczeń można zapomnieć. Jakby tego było mało, Daniel z Andrzejem ledwo wystają głowami ponad zielone morze liści.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Niżne Tatry
Słowacja

Zobacz też