Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Beskid Śląski / Okolice Brennej

Utopce spod śniegu

NPM 2/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Ciszej tu niż w Szczyrku. Nikt nie skacze na nartach tak daleko jak w Wiśle, a po odwilży wieś sprawia wrażenie bezludnej. Na zachętę zostaje zjazd na tynionkach, wędrówka szlakiem utopca albo odpoczynek przy starych szałasach. Można się też zasiedzieć na wieży widokowej, patrząc na czeską stronę świata. A potem powoli i bez pośpiechu zamknąć pętlę w Brennej.

Panta rhei. Na zboczach, na szosie, z drzew i dachów. Przez ostatni tydzień w Beskidach napadało pół metra śniegu. Tyle, że przy dzisiejszych pięciu stopniach na plusie w dolinach przetrwało po nim co najwyżej wspomnienie. A w takich warunkach stwierdzenie Heraklita, że wszystko jest zmienne, nietrwałe, widać również w braku choćby pojedynczego turysty. Stoiska z pamiątkami zieją pustką. To samo na stoku narciarskim. Panie sklepowe też się zbytnio nie palą do otwarcia swoich przybytków. Najwyraźniej Brenna zapada w zimowy sen. Choć jeśli spojrzeć na tutejsze, wręcz osobliwe atrakcje, wieś bez wątpienia ma się czym pochwalić.
Po pierwsze, Mistrzostwa Polski w Zjeździe na Tynionkach. Chodzi o zwykłe deski przytwierdzone do butów skórzanym paskiem, w zestawie z wielkim kijem służącym do manewrowania. Co ciekawe, Breniacy, czyli tutejsi górale, potrafią na takim wynalazku skakać na usypanej górce, a na końcu przejechać slalomem przez bramki. Po drugie, Bajkowy Szlak Utopca. To rodzima maskotka, pomysł na dotarcie do dzieci i wykorzystanie lokalnych legend w jednym. Koncepcja wywodzi się ze starych opowieści o magicznych postaciach, w tym właśnie utopcach – mściwych i psotnych zielonych stworkach mieszkających w okolicznych stawach czy potokach. W ślad za tym, w gminie wytyczono specjalną ścieżkę (czerwono-białe znaki) z tablicami informacyjnymi. Prowadzi z centrum miejscowości przez dolinę Hołcyny aż pod Grabową (907 m n.p.m.) i dalej do Brennej Leśnicy. I, w dużym uproszczeniu, pokrywa się ona z planem dnia, który założyliśmy sobie wspólnie z Andrzejem.
 
Rudera spod ołtarza
Znakarz chciał nas chyba zahartować, bo od startu funduje nam bardzo długą znajomość z asfaltem. Twarda nawierzchnia zajmuje połowę trasy na Kotarz (985 m n.p.m.), która według mapy powinna się zamknąć w dwóch godzinach. Jakby tego było mało, droga wznosi się mozolnie, żeby nie powiedzieć usypiająco. Mija kilometr, a my wciąż kluczymy między domami, aż do rozwidlenia. W prawo ucieka wspomniany Szlak Utopca, a w lewo nasze znaki niebieskie. Zmienia się za to otoczenie, kiedy w zabudowie zaczynają przeważać domki letniskowe. I w końcu robi się stromo.
Kilka chwil później wchodzimy w las, zostawiając za plecami przysiółek Woźna. Teraz przyszła pora na śnieg. Całe mnóstwo grząskiego, mokrego, białego puchu. Jak widać, odwilż tu nie dotarła i gdyby nie ciężki sprzęt drwali, musielibyśmy torować przejście praktycznie od zera. Ale co się odwlecze… to przemoczy buty i oblepi kolana podczas gramolenia się na skraj Hali Jaworowej.
Niegdyś stanowiła ona cześć ogromnego kompleksu wypasowego, jednego z największych w tym rejonie. Dość powiedzieć, że pierwsze szałasy istniały na polanie już w XVII wieku. A w latach 70. i 80. ub. stulecia, z inicjatywy Instytutu Zootechniki PAN na hali działała spółdzielcza owczarnia. Problem w tym, że kiedy stajemy po środku wielkiego pola, zastane ruiny przywodzą na myśl kadry z Czarnobyla. Wiatr hula po fundamentach, straszą odrapane mury, okna bez szyb i rozpadające się drewno. Patrząc na to pobojowisko, trudno rozsądzić, jaką funkcję pełnił ten budynek. Można jedynie ubolewać, że w takim stanie dotrwał do naszych czasów. Na szczęście kilkadziesiąt metrów wyżej stoi szałas z czterem ścianami, ławkami i paleniskiem. W sam raz na drugie śniadanie, ciepłą herbatę z termosu i szybką analizę mapy.
 
 
(...)
 
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też