Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

USA / Appalachian Trail

NPM 1/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Agnieszka Dziadek
(fot. Agnieszka Dziadek)
W 1921 roku na wierzchołek Stratton Mountain w stanie Vermont wspiął się pewien absolwent Uniwersytetu Harvarda – Benton MacKaye. Spoglądając w dal, doznał olśnienia: można wytyczyć pieszy szlak wzdłuż całego łańcucha Appalachów. A że działo się to w Ameryce, gdzie marzenia mają to do siebie, że się spełniają, szaleńczy zamysł udało się zrealizować.

Argumentem dla budowniczych Appalachian Trail, wiodącego z Georgii do Maine, był sukces otwartego w 1930 roku Long Trail – najstarszego długodystansowego szlaku pieszego w USA (439 km), znajdującego się w stanie Vermont. Kiedy jednak w 1937 roku udostępniono ostatni odcinek Appalachian Trail w Maine, przejście szlaku w całości wydawało się zupełną abstrakcją. Był nie tylko prawie dziewięć razy dłuższy niż Long Trail, ale nieporównanie trudniejszy, zwłaszcza jeśli chodzi o logistykę. Na pierwsze przejście szlaku w całości trzeba było czekać 11 lat. Odważył się na to Earl Shaffer, weteran drugiej wojny światowej, pragnący zapomnieć o wojennych przeżyciach. Swoją przygodę opisał w książce „Wędrówka z wiosną”.
70 lat później wiosna wciąż jest tą porą, kiedy ludzie z plecakami tłumnie szturmują Appalachian Trail. Przejście szlaku traktowane jest jako swoisty manifest przez ludzi, którzy pragną w ten sposób zmienić swoją egzystencję. Magia wędrówki pod leśnym sklepieniem, z dala od cywilizacji, działa na tysiące osób. I ja jej ulegam. O przejściu tego najsłynniejszego na świecie szlaku, liczącego 3523 kilometry (2189,8 mili) marzę od kilku lat, jak prawie każdy długodystansowiec.

Magia początku
W momencie, kiedy wpisuję się do szlakowego rejestru, chęć jego przejścia w 2017 roku wyraziło już 3500 osób. 1359 to mój numer szlakowy na starcie. Wchodząc do budynku dyrekcji szlaku, spotykam numer 1358. To Dave, z którym będziemy się ścigać na szczyt Springer Mountain, punkt początkowy trasy.
– How are you? – pada nieśmiertelne powitanie.
– I’m fine – odpowiadam, tak jak mnie nauczono w szkole, choć po trwającej dwa dni podróży z Polski jestem wykończona.
Niestety Dave nie nadąża. W 21 minut, prawie biegiem, pokonuję słynne 425 schodów prowadzących na szczyt wodospadu Amicalola Falls, najwyższego po wschodniej stronie Missisipi.
– Już nie mogę – sapie Dave.
Wyprzedzamy jednak kilku innych hikerów, więc nie jest tak źle.
O godzinie 16 meldujemy się na szczycie Springer Mountain (1153 m n.p.m.). To tutaj zaczyna się prawdziwa wędrówka. Żegnam się z Dave’em, którego już nigdy nie zobaczę, ponieważ moją ambicją jest pokonać szlak w dobrym tempie. Ma to jednak swoją złą stronę: zostawiając za sobą tłum hikerów, mam coraz mniejsze szanse na Trail Magic. Co to takiego? Otóż, mieszkańcy małych miejscowości położonych wzdłuż szlaku przez cały rok czekają na pojawienie się w lasach ludzi z plecakami. Jest to dla nich świetna rozrywka. W każdą sobotę można liczyć na poczęstunek. Przynoszą lodówki pełne napojów, rozpalają grille, przypiekają na nich hamburgery. To właśnie jest Trail Magic, czyli magia szlaku. Szlakowi dobrodzieje nazywani są Trail Angels. Niestety, zjawiają się jedynie tam, gdzie przewidują obecność większej grupy wędrowców.

Szlakowi obszarpańcy
Tymczasem ja wyprzedzam coraz to nowych hikerów. Im dalej, tym jest ich mniej – 25 procent wędrowców rezygnuje już po czterech dniach. Tych, którzy zostają, wyróżnia postawa prawdziwych wyjadaczy i oczywiście wygląd. Mężczyznom wyrasta imponujący zarost, panie rezygnują z depilacji, ze stanu na stan – a jest ich do pokonania 14 – coraz bardziej zużywa się ubranie. Z tygodnia na tydzień stajemy się coraz bardziej obszarpani, wyglądamy jak bezdomni i jest nam z tym dobrze. W języku hikerskim mówi się na nas „hiker trash”. O ile buty starczają na 1000 mil, o tyle z koszulki zostają strzępy już po kilku tygodniach. Nikt oczywiście nie nosi ze sobą ubrania na zmianę. Zapasowe rzeczy „popycha się” przed sobą w paczce, wysyłanej do kolejnych urzędów pocztowych. Nie tylko punktem honoru, ale i koniecznością jest mieć jak najlżejszy bagaż. Mój plecak waży 5,3 kilograma bez wody i jedzenia. Mam w nim śpiwór, kuchenkę i kurtkę przeciwdeszczową, a także mały namiot z cubenu (wytrzymałego materiału) stawiany na kijku trekkingowym, lecz rzadko go używam.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.” 


Zobacz podobne artykuły

USA

Zobacz też