Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Alpy Szwajcarskie

U źródeł Renu

NPM 9/2014
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Cylka
Szlak nad jezioro Toma. Widok na stronę wschodnią, w dole osada Tschamut (fot. Tomasz Cylka)
Pierwsze skojarzenie z Renem? Płynie na granicy Niemiec z Francją i swoje ujście ma w Rotterdamie. Wszystko to prawda. Ale pytanie, gdzie ta rzeka ma źródło, może już być trudniejsze. Wszystko zaczyna się nad niepozornym jeziorem Toma w sercu Alp Szwajcarskich.

W Polsce każde dziecko wie, że Wisła wypływa spod Baraniej Góry. A czy Niemcy i Holendrzy zdają sobie sprawę, gdzie zaczyna się Ren?
– Za Niemców i Holendrów odpowiadać nie mogę, ale tu, w Szwajcarii, raczej nikt nie ma z tym problemu. Każdy raczej wie, że Ren wypływa nieopodal przełęczy Oberalppass – mówi Heidi Meier, przewodniczka z alpejskiej miejscowości Sedrun. – Położone niedaleko jezioro Toma, gdzie Ren ma swoje źródło, to popularne miejsce wycieczek. Jest dostępne dla rodzin z dziećmi, a także dla ludzi w sile wieku. Czterogodzinny spacer w obie strony nie stanowi większego problemu – reklamuje spacer na pół dnia.

Krótka lekcja z romansz
Sedrun to niewielkie miasteczko, które może być idealną bazą do odkrywania źródeł jednej z najdłuższych rzek w Europie. Leży ono na zachodnim krańcu kantonu Gryzonia w południowo-wschodniej Szwajcarii. Ludzie mówią tu po niemiecku, włosku i w regionalnym dialekcie romansz. To tak zwany lokalny język retoromański, którym według szacunków posługuje się około 60 tys. Szwajcarów, czyli tylu mieszkańców, ilu mieszka na przykład w Gnieźnie.
– Ostateczną wersję, tzw. Romantsch grischun, opracował jeden z profesorów z Zurychu i gdzieś 20 lat temu dialekt ten uzyskał status języka urzędowego – tłumaczy Marta Durschei, druga z przewodniczek.
Krótka lekcja z języka romansz? Proszę bardzo. „Bun di” to „dzień dobry”, a „La muntogna” to „góra”. A co oznacza „A pli tard!”? Nic dziwnego, że nie zgadliście – „do zobaczenia!”. A „La stad”? To z kolei nic innego, jak „lato”. Próbuję zagadnąć w tym języku gospodarza małego hoteliku, mając za ściągę reklamówkę z najpopularniejszymi powiedzeniami (rewelacyjny gadżet z Gryzonii). Ale chyba niespecjalnie mi wychodzi, bo mężczyzna tylko pobłażliwie się uśmiecha.
Kto szuka spokoju, ten z Sedrun będzie zadowolony. Trafiłem tu podczas tegorocznego mundialu, akurat na decydujący o awansie do ćwierćfinału mecz Szwajcarów z Argentyną. W Polsce takie sportowe wydarzenie wyciągnęłoby z domów nawet tych, którzy piłką się zbytnio nie interesują. A tutaj przed ekranem siedzi tylko kilkanaście osób. Nie ma okrzyków, nerwowego zrywania się z krzeseł, jęków zawodu. Nawet gdy Szwajcarzy tracą gola na trzy minuty przed końcem meczu, nie widzę w ich oczach wielkiej rozpaczy.
– Piłka to nie jest nasz sport narodowy. Bardziej liczy się hokej albo sporty walki. No i Simon Ammann [skoczek narciarski – przyp. red.] oraz Roger Federer [tenisista – przyp. red.] są jeszcze popularni – tłumaczy Heidi Meier. I wszystko jasne. Kiedy kilka dni później będziemy oglądać z kolegą mecz Francji z Niemcami o awans do półfinału, pub w Bad Ragaz będzie podzielony – może z lekkim wskazaniem na Francję. Wielojęzyczną Szwajcarię trudno czasem zrozumieć.

Pociągiem na dwa tysiące
Na poszukiwanie źródeł Renu ruszamy z przełęczy Oberalppass (2046 m n.p.m.). Na miejsce dojeżdżamy lokalnymi Kolejami Retyckimi. Nawet nie próbujcie jazdy na gapę. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, konduktorzy widzą dokładnie, kto wsiada na poszczególnych stacjach, i jak tylko pociąg ruszy, od razu sprawdzają bilety. Tą drogą kursują nie tylko lokalne pociągi, ale i popularne – szczególnie wśród Japończyków – ekspresy panoramiczne. Nazwa ta nie jest przypadkowa, bo luksusowe wagony zamiast dachu mają szyby; dzięki temu alpejskie szczyty prezentują się przez nie szczególnie okazale. Stacja Oberalppass jest najwyżej położoną na ich trasie. Pociąg wjeżdża tam na peron, wynurzając się z długiego tunelu. Ale na Szwajcarach nie robi to większego wrażenia.
– Nasze koleje opierają się na tunelach. To tutaj normalne – tłumaczy Heidi.
Przełęcz leży na granicy dwóch kantonów – Gryzonii oraz Uri – i oddziela Alpy Lepontyńskie od Glarneńskich. My, podążając nad jezioro Toma (romansz Lai da Tuma), zostajemy jeszcze w tych pierwszych. Węzeł szlaków zaczyna się przy kopii holenderskiej latarni, której oryginał znajduje się tam, gdzie rzeka kończy swój bieg. Nic dziwnego, że to popularne miejsce do wspólnych fotografii, szczególnie wśród zdobywających przełęcz motocyklistów.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też