Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Beskid Makowski / Pasmo Koskowej Góry

U cioci w Pcimiu

NPM 12/2018
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Trasa zaplanowana, ekipa gotowa, tatrzańskie panoramy już czekają. I nagle zmienia się front. Temperatura spada o 10 stopni. Pogodynka pokazuje deszcz, mgłę, wyżej śnieg i widoczność na pięć metrów. Brzmi znajomo? Jeśli tak, to ten tekst jest dla Ciebie.

Każdy szanujący się górołaz przerabiał ten scenariusz. Cała zabawa polega na tym, aby nie spędzić posępnego dnia pod dachem schroniska albo – co gorsze – w kapciach przed telewizorem. Trzeba tylko zachować spokój i zdrowy rozsądek, bo remedium czai się tuż za rogiem i na imię mu Beskid Krzaczasty. Innymi słowy: plan B. Każdy powinien mieć więc w zapasie swoje własne, bliżej nieokreślone pasmo, gdzie lokalne szlaki odwiedza co najwyżej znakarz, a nazwy okolicznych szczytów brzmią obco nawet dla przewodników. Poza tym, powiedzmy to sobie otwarcie – w normalny, pogodny dzień nigdy byśmy tu nie przyjechali. No i jesteśmy w stanie założyć się o stówę albo i więcej, że nie spotkamy nikogo na trasie.
Jak dla mnie, wszystkie te warunki spełnia pasmo Koskowej Góry. Mój osobisty Beskid Krzaczasty. Zapomniana ziemia, gdzieś w Beskidzie Makowskim, ciągnąca się od doliny Skawy w północno-wschodnim kierunku, aż do doliny Raby. Kojarzycie? Gdzieś dzwoni, ale nie wiadomo, w którym kościele? Zatem doprecyzuję: na lewo od popularnej zakopianki, w pobliżu Pcimia. Tego od cioci Johna Cleese'a ze słynnej niegdyś reklamy banku. Tam też kierujemy swe kroki razem z Arnim, żeby cokolwiek wycisnąć z tego ponurego dnia i chmurozwisu nad naszymi głowami.

Płyniemy na koniec świata
Z Krakowa to trzy kwadranse jazdy, czyli de facto mniej, niż niektórzy spędzają w korkach do pracy. Na pierwszy rzut oka pagórki wokoło nie ustępują niczym pierwszej lepszej Sądecczyźnie ani Żywiecczyźnie. I w sam raz nadadzą się na długi spacer albo wybieganie z darmową dawką błota pod stopami. Jeśli rzecz jasna dobrze pogłówkujemy nad mapą. Dużego wyboru nie ma, pętla ze wspólnym startem i metą nie wchodzi w grę. A skoro zaparkowaliśmy przy stacji paliw w słynnym Pcimiu, jakoś musimy na koniec dnia wrócić do samochodu. Łapiemy zatem pierwszy bus jadący do Bogdanówki i przeliczamy dystans ze skalą. Jakby nie patrzeć, wychodzą 22 kilometry.
Podróż mija zgodnie z przewidywaniem: jesteśmy jedynymi pasażerami. Kierowca nie może się nadziwić, po jakiego grzyba jedziemy na koniec świata i to jeszcze w czasie deszczu. My natomiast niezmiernie się cieszymy, że podwozi nas aż pod szkołę. Czyli bardzo blisko kulminacji Koskowej Góry (867 m n.p.m.), którą chcemy zdobyć w pierwszej kolejności. Takie są zalety Beskidu Makowskiego, czy też Średniego. Nieważne, jak go nazwiemy, chodzi o to samo pasmo, gdzie na niektóre szczyty można wjechać asfaltową drogą. Dosłownie. I praktycznie nie ma możliwości, żeby się ktoś zgubił. Wystarczy iść pod górę, by trafić do celu. Konkretnie, to po betonowych płytach, trochę na przełaj, przez osiedle Suwaje. Aż do leśnej ścieżki, prowadzącej nas do niebieskiego szlaku. Tu już nie ma zabudowań. Są za to pachnąca, wilgotna ściółka, cisza i świeże powietrze. I od razu człowiek przestaje zwracać uwagę na prysznic z nieba.
Czasoprzestrzeń pokrywa się z mapą, gdy odnajdujemy dróżkę wijącą się na północ. Nabieramy wysokości, powoli maszerujemy między krzewami, wprost do tunelu z namokniętych gałęzi. Pod butem również beskidzkość pełną gębą, czyli chrzęst kamieni, mokre liście i błotne chlupanie. Jedyne, co bym odjął, to mieszanka chmur i mgły, w jaką właśnie wchodzimy. Szkoda, bo ptaszki ćwierkają, że z Koskowej widać Babią Górę (1725 m n.p.m.), Beskid Wyspowy, fragment Gorców, a do tego Tatry i to najlepiej w trakcie zimowej inwersji. Dlatego na przyszłość polecam szczytowanie przy ciut lepszej aurze, aby zasmakować w rozległych widokach. Sęk w tym, że trzeba się spieszyć, bowiem z każdym rokiem drzewa sukcesywnie zasłaniają te delicje.

Prrr, szalone!
Dobre wieści są takie, że nawet w trakcie szarej czapy wiszącej dziś nad światem, wierzchołka nie przeoczymy. Centralnie, na pierwszej z brzegu brzozie wisi pstrokata kartka z wydrukowaną wysokością i nazwą szczytu. A poza tym zdobi go wielkie żelastwo w postaci przekaźnika telekomunikacyjnego. Delikatnie mówiąc, wątpliwej urody. Za to fani piłki kopanej mają duży powód do zadowolenia. Na wypłaszczeniu tuż obok szlaku ktoś postawił drewniane, pełnowymiarowe bramki. I jak do tej pory jest to jedyna beskidzka góra, jaką znam, z boiskiem piłkarskim na szczycie.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też