Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Twardziel z trzeciorzędu

NPM 3/2012
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Grzegorz Grupiński
Hania i Szymek w ataku na kopułę szczytową (fot. Grzegorz Grupiński)
Dla najmłodszych – wyzwanie. Dla dorosłych – atrakcja. Chociaż królowa Krainy Wygasłych Wulkanów mierzy zaledwie 501 m n.p.m., w pełni zasługuje na to miano.

Choć nie wszyscy wiedzą, jest w Polsce kraina, gdzie stosunkowo niedawno dymiły wulkany. Niedawno – oczywiście w sensie geologicznym, bo kilkadziesiąt czy nawet kilkanaście milionów lat temu. Wówczas na przedpolu Sudetów panowały intensywne ruchy tektoniczne. Gorąca magma przemieszczała się ku powierzchni, gdzieniegdzie z sukcesem torując sobie drogę na zewnątrz.

Prawie jak Fudżi
Dziś trudno sobie wyobrazić aktywne wulkany pomiędzy Legnicą i Jelenią Górą. Jednak ich pozostałości są widoczne na Pogórzu Kaczawskim i budzą ciekawość nie tylko miłośników geologii. Pojedyncze skały powstałe z zastygłej lawy, skupiska regularnych słupów bazaltowych, a także stożkowate wzgórza – to prawdziwe krajobrazowe osobliwości. Choć są położone raczej na „wyżynnych” niż na „górskich” wysokościach, warto przejechać wiele kilometrów, by je zobaczyć.
Królową tego rejonu i najwyższym z kaczawskich „wygasłych wulkanów” jest Ostrzyca. Przyciąga ona turystów nie tylko pozostałościami zjawisk wulkanicznych. Dzięki znacznej wysokości względnej i regularnym kształtom obdarzono ją nawet określeniem „śląskiej Fudżijamy”. Magnesem jest też piękna panorama ze szczytu. Ze wszystkich tych powodów, mimo tych mizernych 501 m n.p.m., Ostrzyca stanowi godny cel górskiej wycieczki. I to całkiem wymagającej dla tych wędrowców, którzy ledwo skończyli trzy wiosny życia.

Trzylatki na wulkanie
Zanim wyruszyliśmy w drogę, nasi trzyletni towarzysze – Hania i Szymek – zostali poddani intensywnej indoktrynacji. Teoretyczne przygotowanie wycieczki objęło krótki kurs wulkanizmu, ze szczególnym uwzględnieniem takich motywów, jak wybuchy, błyski i wypływy lawy. Zapowiedź, że jedziemy zdobywać wulkan, wzbudziła poruszenie i nadzieję na niezwykłe wrażenia.
Tymczasem dojazd z Jeleniej Góry przez Wleń pod Ostrzycę zapowiada raczej spokojną wycieczkę, a nie ekstremalną eksplorację. Poruszamy się w typowym podsudeckim pejzażu – sielskie wzgórza, masywne poniemieckie chałupy, wiele z nich w stanie rozkładu. Za prawą burtą zostawiamy Góry Kaczawskie i robi się prawie nizinnie.
Wtem na horyzoncie pojawia się sylwetka Ostrzycy, wyraźnie dominująca nad okolicą. Już z daleka widać, że ta góra jest z innego świata. Od innych łagodnych wzniesień odcina się regularnym stożkowatym kształtem.
Myliłby się jednak ten, kto uznałby, że Ostrzyca jest po prostu zachowanym stożkiem wulkanu. „Prawdziwy” wulkan był znacznie wyższy – być może o kilkaset metrów, a to, co z niego zostało, to nek, zwany też twardzielem bazaltowym – wypełnienie komina wulkanu. Wypływająca z trzewi ziemi magma zastygła w formie bazaltu, znacznie odporniejszego niż skały otaczające komin i budujące górną część stożka. Przez miliony lat większość stożka po prostu się rozpadła, a pozostał sam nek, który teraz przewyższa płaską okolicę aż o 200 metrów.
Stajemy u podnóża góry, na skraju szosy pomiędzy Bełczyną i Proboszczowem. Odgałęzia się tu zielony szlak prowadzący ku szczytowi. Dzieci wysypują się z auta, rozglądają się i pytają:
– To gdzie ten wulkan? To jest to?
W ich głosach widać niedowierzanie i rozczarowanie. Chyba przesadziliśmy z tą indoktrynacją, pewnie oczami wyobraźni widziały już spektakularne eksplozje i kolorowe wyziewy. Musimy więc tonować nastroje, ale jak tu wytłumaczyć trzylatkowi, że dokładnie tak tu było, ale … w trzeciorzędzie?

Bazaltowy płaszcz
Teraz czas na przygotowanie logistyki wyprawy. Cel jest ambitny, bo po cichu liczymy na to, że nasza szturmowa dwójka zdobędzie wierzchołek w stylu alpejskim, nie tylko bez masek tlenowych, ale przede wszystkim na własnych nogach. W plecakach lądują więc kolejne zestawy ubrań i prowiant na co najmniej dwugodzinną wyprawę. Grupa wspierająca liczy troje dorosłych, więc mimo znacznego przewyższenia do pokonania (sto kilkadziesiąt metrów w pionie) mamy nadzieję na zwycięstwo.

Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Zobacz też