Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Polska | Beskid Niski i Bieszczady / Okolice Łupkowa

Tunel na końcu świata

NPM 1/2019
Numer dostępny w sprzedaży
Zobacz zawartość
Autor:
Michał Parwa
(fot. Michał Parwa)
Pogranicze Bieszczadów i Beskidu Niskiego. Koniec świata. Tak przynajmniej informuje tabliczka tuż obok Przełęczy Łupkowskiej. Dawniej wędrowano tędy do naddunajskich państw. A teraz trudno tu o jakiekolwiek ślady życia. Szczególnie zimą.

Chcemy się zaszyć. Z dala od metropolii, zgiełku i zimowego smogu. Tak, by zamiast miejskiej pluchy, posmakować prawdziwego białego puchu. Okazuje się, że nie trzeba do tego wysokich gór. Zwłaszcza, że do garbów nad Łupkowem bardziej pasuje termin „wzniesienia”. Jakby nie patrzeć na mapę, ledwo przekraczają one 700 metrów n.p.m. Dlatego spacer w tych okolicach ma charakter bardziej poznawczy niż krajobrazowo-kondycyjny. Magnesem są dawne czasy i to, co po nich zostało, a nie widoki i landszaft jak z obrazu. Chociaż muszę przyznać, że półmetrowe śnieżne bandy przy drodze do Komańczy same w sobie są nie lada atrakcją.

Krwiopijcy i inne perełki
Docelowo zmierzamy do Cisnej i dalej w Bieszczady Wysokie. Ale na jedną noc zawijamy do portu w Komańczy, bo lepszej okazji do spenetrowania przygranicznych terenów nie będzie. No i nie ma co ukrywać – z punktu widzenia typowego turysty, jesteśmy na pustkowiu. Pogoda też jakoś nie gra z nami do jednej bramki. Poranek jest tak lodowaty, że ptactwo przymarza do kabli. Drogę do Nowego Łupkowa pokrywa solidna tafla lodu. I jeśli słońce szybko nie wzejdzie, przydomek „końca świata” okaże się bardzo trafiony.
– Poproszę gromkie „sto lat” dla kierowcy pługa – próbuje nas rozruszać Kasia.
Nie ma się co śmiać. Gdyby nie on, mieszkańcy byliby odcięci od świata. Wystarczy spojrzeć na tabliczkę szlakową. Wystaje dosłownie parę centymetrów ponad śnieg. A i tak, tu i ówdzie, kręci się kilka osób spacerujących z kijkami. Ktoś nawet wyprowadza w ten ziąb parę huskych czy innych malamutów. A tak poza tym to wieś jakich wiele. Sklep spożywczy, kościół. Ale wystarczy krótka przebieżka, zerknięcie pod kołdrę historii, by zrozumieć, że miejsce akcji ma swój niepowtarzalny charakter.
Nowy Łupków liczy sobie niespełna czterystu mieszkańców. Powstał w rejonie stacji kolejowej Łupków, gdy w 1872 roku dotarły tu tory. Początkowo zamieszkiwali go głównie kolejarze i pracownicy leśni. Zaś w rejonie działały gorzelnia, zajazd, młyn, poczta i telegraf. W takich okolicznościach na świat przyszedł Józef Daniel Garbień. Doktor nauk medycznych, znany przede wszystkim jako legendarny piłkarz Pogoni Lwów i facet, który strzelił zwycięską bramkę w pierwszym wygranym meczu polskiej reprezentacji w piłce nożnej (2: 1 ze Szwecją w Sztokholmie, 28 maja 1922 roku). Po drugiej wojnie światowej powstał tu duży PGR i zakład karny z więziennym gospodarstwem rolnym. A współcześnie powoli i nieśmiało zaglądają tu amatorzy świętego spokoju i dziwności tego świata. Dobrze się składa, bo jest nas czwórka uzbrojona w aparaty lustrzanki i nie zawahamy się ich użyć.
Na pierwszy strzał idzie pensjonat o uroczej nazwie Kimadło Wampira oraz kilka selfie z tzw. Salonką Gierka. To trzy wagony starego pociągu rządowego stojące na miejscowej stacji kolejowej. Niegdyś podróżowali nim między innymi generał Wojciech Jaruzelski, premier Piotr Jaroszewicz czy też szczególnie bojący się latać samolotami Edward Gierek, pierwszy sekretarz KC PZPR w latach 1970-1980. Z tej racji w środku miał dominować luksus i wygoda, a więc kuchnia, sypialnia, łazienka i krzesła z wielbłądziej skóry. Ot, ciekawostka dla fanów skarbów z okresu PRL-u. I szansa na niepowtarzalny kadr z anteną satelitarną przymocowaną na zewnątrz, obok drzwi wejściowych.

Spokój za cmentarzem
Nieco gorzej mają się sprawy z wędrówką po zaplanowanej trasie. Pod drzewem z niebieską farbą trafiamy na półmetrową zaspę. A im dalej w las, tym białe hałdy wydają się większe. To znaczy, że od paru dni, tygodnia albo miesiąca nikt tędy nie wędrował. Zatem w tył zwrot i kontynuujemy naszą pętlę w drugą stronę. W nadziei, że przy schodzeniu z górki torowanie będzie łatwiejsze i słońce co nieco roztopi.
Szlak prowadzi nas na odśnieżoną szosę w pobliże zakładu karnego. Zresztą wielkiego wyboru nie mamy, kiedy wszędzie wokoło zalegają śnieżne zwały. Co się tyczy zakładu penitencjarnego, większe wrażenie robi z góry, gdy jedziemy do Cisnej drogą z Komańczy. W nocy przypomina rozświetloną stację kosmiczną, gdzieś na pustyni pod gwiazdami. A na razie, w słoneczną sobotę, bawią się przy nim dzieciaki na sankach.

(...)
Więcej - czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Polska

Zobacz też