Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Himalaje

Trzy szczyty i jedna szkoła

Numer dostępny w sprzedaży
Autor:
Beata Ciepiel
Widok z Lobuche East na Mount Everest, Lhotse i Makalu (fot. Beata Ciepiel)
Dwa lata temu zamierzałam wejść na Mera Peak, ale niestety zostałam zatrzymana przez burzę śnieżną. Od razu jednak wiedziałam, że muszę w Himalaje wrócić. I wróciłam – z fantastyczną ekipą, którą poznałam przez internet.

Wspólną wyprawę pod nazwą „3 Peaks Trek” rozpoczynamy na lotnisku w New Delhi, gdzie po raz pierwszy spotykamy się całą grupą i skąd razem polecimy do Katmandu. Poza mną w skład ekipy wchodzą: Aneta, Iza, Radka, Magda, Asia i Michał jako nasz męski rodzynek. Poznaliśmy się przez internet. Wszyscy mamy za sobą wiele wędrówek, część aktywnie uprawia wspinaczkę skałkową. Większość była na wysokości ponad 5000 metrów n.p.m., między innymi na takich szczytach, jak Aconcagua, Kazbek czy Elbrus.

Dyrektor mówi po nepalsku
Celem wyprawy jest zdobycie trzech szczytów: Pokhalde (5806 m n.p.m.) oraz dwóch sześciotysięczników – Island Peak (6189 m n.p.m.) i Lobuche East (6119 m n.p.m.). Wszystkie znajdują się w Parku Narodowym Sagarmatha w Nepalu. Mamy także drugi cel, a mianowicie przekazanie funduszy darowanych przez polskie firmy i osoby prywatne na szkołę podstawową w Lukli. Pomysł projektu powstał podczas mojej podróży do Nepalu w 2010 roku, gdy zamierzałam wejść na Mera Peak (6461 m n.p.m.), ale niestety zostałam zatrzymana przez burzę śnieżną 600 metrów przed szczytem. Tym razem chciałam zminimalizować ryzyko, że zła pogoda uniemożliwi mi wejście na wierzchołek. Wraz z moim nepalskim przewodnikiem Phulu wymyśliliśmy więc trzy szczyty w trzy tygodnie.
W Katmandu spędzamy półtora dnia, odkrywając tajemnice nepalskiej kuchni. W niedzielę o świcie lecimy do Lukli. Dla większości grupy ten 35-minutowy lot samolotem typu Twin Otter, mieszczącym do 19 osób, jest dosyć dużym przeżyciem. Rezerwacja i zakup biletu nie dają jeszcze gwarancji, czy i kiedy się poleci, gdyż wszystko zależy od warunków pogodowych. Największym wyzwaniem jest jednak samo lotnisko w Lukli. Ze swoim bardzo krótkim pasem startowym o długości 460 m i nachyleniu 12 stopni, z jednej strony zakończonym 700-metrową przepaścią, a z drugiej – ścianą skalną, znane jest jako najbardziej ekstremalne lotnisko na świecie. My przy pięknej pogodzie docieramy do Lukli bez opóźnień, zamieniając wysokość 1300 metrów n.p.m. na 2860. Tutaj czeka na nas reszta nepalskiej ekipy.
Po śniadaniu spotykamy się z uczniami i nauczycielami szkoły w Lukli, by przekazać im zebrane fundusze. Mamy ze sobą około trzech tysięcy dolarów w rupiach nepalskich. Szkoła kształci obecnie około 300 uczniów w wieku od 6 do 14 lat. Dzieci uczą się w dziesięciu klasach wyposażonych w prymitywne ławki. Toalety znajdują się na zewnątrz. Do jednej klasy uczęszcza przeciętnie 30 uczniów z wyjątkiem zerówki, w której jest około stu dzieci. Szkoła może się jednak poszczycić pracownią komputerową, gdzie obecnie są trzy (!) działające komputery. Przyjmują nas tu uroczyście. Gdy tylko zbliżamy się do placówki usytuowanej na wzgórzu, witają nas dzieci ubrane w czerwone mundurki, siedzące na ławkach przed dużym podium, nad którym powiewają lokalne emblematy. Słuchamy cierpliwie przemówienia dyrektora szkoły. Niestety, jest po nepalsku, więc niewiele z tego rozumiemy. Chwilę później podziwiamy tańce wykonane przez dzieci poprzebierane w lokalne stroje ludowe. Po występach wręczamy zebrane pieniądze dyrektorowi. Na zakończenie dzieci dekorują nas kathami – szarfami, które mają nam przynieść szczęście w zdobywaniu trzech szczytów. Czas mija miło, ale nas ciągnie w góry. Nie ma na co czekać.

Czas na trekking
Po uroczystości wyruszamy z Lukli na sześciodniowy trekking w kierunku naszego pierwszego szczytu – Pokhalde. Początkowo droga wiedzie wzdłuż Dudh Koshi (Mlecznej Rzeki), biorącej początek na lodowcu Khumbu pod Everestem. Kilkakrotnie ją przekraczamy, idąc wiszącymi stalowymi mostami. Na pierwszą aklimatyzację wybieramy Namche Bazar (3440 m n.p.m.). Na szlaku panuje duży ruch, gdyż jest to największy ośrodek handlowy w tym rejonie. Po drodze mijamy woły transportujące ładunki. Juczne jaki spotykamy dopiero powyżej Namche, gdyż z powodu gęstego futra żyją na wysokości powyżej 3000 metrów. Przede wszystkim staramy się usuwać z drogi tragarzom, którzy mozolnie niosą na plecach kosze wypełnione bagażami turystów i sprzętem kempingowym, kartony piwa w puszkach, butle gazowe, belki drewniane, drabiny czy płyty pilśniowe na budowę domów. Ich ładunki mogą ważyć prawie 100 kilogramów, ale na nich nie robi to wrażenia. W klapkach poruszają się szybciej niż my w butach trekkingowych. Tragarz jest opłacany za kilogram, nic więc dziwnego, że wielu z nich dźwiga ciężar – wydawałoby się – ponad ich siły. Wyjątkiem są tragarze wyprawowi, opłacani za dzień wyprawy. Ich limit wagowy wynosi 30 kilogramów.
W drodze do Namche po raz pierwszy udaje nam się zobaczyć Mount Everest. Przy okazji pytamy Phulu o nazwy dwóch pobliskich szczytów.
– To jest Thamserku o wysokości 6608 metrów – odpowiada szybko i zdecydowanie.
– A ta druga góra, ta ciemna, przed nim? – pytam.
– To nie góra! – słyszymy w odpowiedzi. No tak, dla niego wszystko poniżej 5000 m górą po prostu nie jest.
Po dniu aklimatyzacji w Namche wyruszamy dalej. Po drodze odwiedzamy klasztor buddyjski w Tengboche. W Himalajach jest tradycją, że przed każdą większą wyprawą, na przykład na Mount Everest, w obozach bazowych odprawia się ceremonię zwaną puja. To nic innego, jak składanie ofiar, dzięki którym uczestnicy proszą górę o szczęśliwy przebieg wyprawy. My bierzemy udział w modlitwie prowadzonej przez mnichów i zapalamy świece w intencji szczęśliwego wejścia na trzy szczyty. Po ceremonii składamy swoje ofiary w postaci nepalskich rupii i udajemy się do pobliskiej wioski Deboche (3710 m n.p.m.) na nocleg. Stąd mamy piękny widok na Mount Everest, Lhotse i Ama Dablam. Rano wyruszamy z Deboche do Dingboche – drugiej co do wielkości po Namche Bazaar miejscowości w regionie Khumbu, położonej na wysokości 4450 metrów, gdzie aklimatyzujemy się, wchodząc na ponad 5000 metrów, na Nangkar Tshang. W drodze powrotnej ze szczytu, już blisko Dingboche, mijamy grupę ludzi z profesjonalnym sprzętem fotograficznym, i wtedy Aneta woła:
– To jest Simone Moro! Poznałam go po głosie! – krzyczy z radością.
Tak więc tutaj po raz pierwszy zobaczyliśmy czterokrotnego zdobywcę Everestu i autora pierwszych wejść zimowych na kilka ośmiotysięczników. Potem spotkałyśmy go jeszcze dwukrotnie na naszej trasie, między innymi w obozie bazowym pod Island Peak.
(...)
Więcej – czytaj w numerze „n.p.m.”


Zobacz podobne artykuły

Nepal

Zobacz też