Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

|

Trzy miesiące w podróży

NPM 2/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Tomasz Zemleduch
Autor tekstu z przyjacielem na pustyni w Iranie (FOT. TOMASZ ZEMLEDUCH)
Pomysł trzymiesięcznego wyjazdu narodził się na Zakaukaziu. Dotarłem wtedy blisko granicy Iranu i stało się jasne, że to ten kraj – jeden z najciekawszych na świecie – stanie się celem przyszłej wyprawy. Trasę wytyczyliśmy przez inne interesujące nas regiony: kraje bałkańskie, Anatolię, Kurdystan, Karabach – tak by za jednym razem zobaczyć jak najwięcej.

Student uwięziony w mieście w trakcie roku akademickiego marzy o wakacjach. Śnią mu się dalekie krainy, egzotyka barw i zapachów, niebosiężne szczyty. Umęczony tęsknotą do swych marzeń, siada do map, przewodników i wymyśla swoją wyprawę życia. W planach musi zawrzeć kilka szczytów górskich, bo w końcu ciężar plecaka wnoszonego wysoko nad poziom morza to jest to, co kocha najbardziej. Musi umieścić w planie coś niesamowitego, rozpalającego wyobraźnię, coś tak odmiennego od zwyczajności, że chce się tego dotknąć, zobaczyć z bliska. Musi pozostawić wreszcie sporą dozę przypadkowości, gdyż wie, że to los sprowadza zwykle najpiękniejsze i najchętniej wspominane przygody. Wyruszamy w trójkę z Poznania: Karolina Jarząbek, Grzegorz Matusiak i ja. Środek transportu – autostop; kierunek – Persja.

Chcieliśmy zrozumieć konflikty
Ze Szkodry, największego miasta na północy Albanii, wynajętym za 20 euro busem udajemy się do Dedaj, punktu na mapie znajdującego się u wylotu jednej z dolin Gór Północnoalbańskich. W dalszą kilkunastokilometrową drogę do wioski Teth zabiera nas na pace ciężarówka wyładowana po brzegi materiałami budowlanymi. Z bezpieczeństwem podróżowania ma to niewiele wspólnego, zwłaszcza gdy maszyna pokonuje zakręty tuż nad brzegiem przepaści. Nocleg spędzamy, obozując na polanie należącej do właściciela pojazdu, którym dostaliśmy się w serce Prokletiji.
Na następny dzień zaplanowaliśmy krótkie przejście do wioski w sąsiedniej dolinie. Po drodze pokonamy piękną przełęcz Valbona (1817 m n.p.m.). Kilkugodzinne podejście w scenerii strzelistych, niedostępnych szczytów urozmaicone jest poszukiwaniem właściwej ścieżki na rozstajach lub, gdy brakuje ścieżek, choćby odpowiedniego kierunku. Wreszcie osiągamy przełęcz i tuż za nią na skromnym, względnym wypłaszczeniu postanawiamy zanocować. Następnego dnia schodzimy do doliny i gdy definitywnie rozstajemy się z jakimikolwiek symptomami ścieżki, pozostaje nam podążać dnem wyschniętego strumienia. Schodzi on coraz niżej, by w końcu przerodzić się w wyschniętą okresową rzekę. Z pierwszymi zabudowaniami pojawia się na jej dnie śladowa, nieutwardzona droga, którą ostatecznie wydostajemy się z doliny do miejscowości Bajram Curri.
Następny cel to Kosowo. Dlaczego wybieramy się właśnie tam? Odpowiedź jest prosta – naszą idée fixe stały się odwiedziny miejsc, gdzie konflikty to rzecz codzienna. Chcemy poznać narody i grupy etniczne, w większości przypadków głęboko zwaśnione. Bynajmniej nie dlatego, by napawać się atmosferą nienawiści, ale by spróbować zrozumieć obie strony i usłyszeć historie, które noszą w sobie. Nie możemy zatem ominąć najmłodszego państwa w Europie – Republiki Kosowa, które proklamowało niepodległość 17 lutego 2008 roku.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też