Zapisz się do newslettera NPM

Jesteś tutaj

Byłem, widziałem | Kirgistan

Trochę zimy, trochę lata

NPM 12/2009
Numer wyprzedany
Autor:
Adam Miński/www.jaknajdalej.pl
Panorama jeziora Alla-Kul (3660 m n.p.m.) (Adam Miński/www.jaknajdalej.pl)
A mogliśmy wcale nie iść. Naprawdę niewiele brakowało, żeby po dwóch dniach czekania w Karakolu na chociaż rąbek słońca, wystający spoza ciężkich, deszczowych chmur, powiedzieć Tien-Shanowi „jakshy kalyngydzar” (czyli po kirgisku „ciao”). Ale mieliśmy szczęście – poranek w dniu, w którym trzeba było podjąć ostateczną decyzję, okazał się jasny i ciepły, a po wczorajszym deszczu i zimnym wietrze pozostały tylko szybko parujące w słońcu kałuże. Prognozy wskazywały wprawdzie, że może to być zmiana krótkotrwała, stwierdziliśmy jednak, że raz kozie śmierć – idziemy. Poszliśmy – i zdecydowanie nie żałujemy.

A zatem ruszamy. Pierwszy odcinek naszej drogi wiedzie wzdłuż kirgiskiej rzeki Karakol na południe. Do punktu startu można dojechać z bazaru Jakshilik marszrutką (czyli taxi-busikiem) nr 101. Kosztuje to tyle co nic (5 kirgiskich somów od osoby, czyli około 0,33 zł), a pozwala uniknąć nużącego spaceru przez peryferyjne uliczki Karakolu, który – choć sam w sobie stanowi niewątpliwie atrakcję, moim zdaniem zbyt piękny nie jest. Marszrutka zawraca w miejscu, gdzie kończy się normalna droga, a zaczyna park narodowy – tu należy wysiąść i w budce przy szlaku uiścić opłatę za wstęp – 250 somów.

Pod Wielkim Wozem
Przez pierwszych parę godzin szlak prowadzi wzdłuż trasy, przeznaczonej dla pojazdów z napędem na cztery koła i odpowiednio wysokim nadwoziem. Ale jakikolwiek ruch samochodowy kończy się w wiosce, położonej około dwa kilometry od punktu kontrolnego. Stopniowo krajobraz zaczyna się zmieniać, a za którymś z kolei zakrętem ukazują się nam ośnieżone szczyty karakolskiego masywu – dużo bliższe i wyraźniejsze niż wcześniej. I bardzo piękne – strome, ostro zakończone, majestatyczne. Wszyscy czujemy, że robi się coraz zimniej, chociaż do zmierzchu pozostały jeszcze dwie, trzy godziny. Wysokość zaczyna robić swoje.
W pewnym momencie pnąca się dotąd w górę droga wychodzi na rozległy płaskowyż, na terenie którego rzeka Karakol rozlewa się w liczne rozgałęzienia i małe jeziorka. Nasz szlak opuszcza tu dolinę Karakolu, zmieniając się w wąską, leśną ścieżkę. Odbija w lewo, ostro pod górę przez sklecony z desek, gałęzi i bali most. Musimy teraz podjąć decyzję, czy chcemy iść dalej, wiedząc, że najbliższe miejsce, nadające się do rozbicia namiotu jest oddalone o co najmniej półtorej godziny intensywnego marszu, czy też biwakować tutaj, nad rzeką i szturmować naszą górkę dopiero od rana.
– Robi się coraz zimniej i ciemniej. Chyba lepiej będzie, jak tu zostaniemy – zauważa Natalia.
Przyznajemy jej rację i zabieramy się za szukanie dobrego miejsca na obóz. Szybko okazuje się, że była to dobra decyzja. Tuż po tym, jak rozbijemy namiot, rozpalimy ognisko i ugotujemy obiad w postaci makaronu oraz zupy, słońce schowa się za otaczające nas górskie szczyty i w ciągu kilkunastu minut zrobi się naprawdę chłodno. Cieszymy się ciepłem bijącym od ognia i popijamy zupę gorącą herbatą z odrobiną wódki. Nad nami, na niebie, widoczne są chyba wszystkie możliwe do zaobserwowania na tej półkuli gwiazdozbiory, na czele z wiszącym dokładnie nad nami Wielkim Wozem. Zasypiamy zadowoleni, rozgrzani posiłkiem i ogniem.


Pełna treść artykułu dostępna dla osób zalogowanych.
Zaloguj się lub załóż bezpłatne konto w serwisie.

Zobacz podobne artykuły

Zobacz też